Szybko.
Pewnego wieczoru przy kolacji odsunął od siebie niemal nietknięty talerz. Schudł, a jego wzrok, choć wciąż przytomny, pogłębił się.
„Zajmiemy się tym jak wszystkim innym” – powiedział. „Ograniczony czas. Jasne priorytety”.
Diagnoza przyszła wkrótce potem.
Rak trzustki. W zaawansowanym stadium.
Pamiętam ciszę, która nastąpiła. Tykanie zegara. Mój własny oddech stawał się zbyt ciężki.
Już się organizował.
Akta medyczne. Wizyty. Pytania przygotowane dla onkologów. Plan delegowania pracy. Podział obowiązków. Dostosowania prawne. Nic nie było pozostawione przypadkowi. Nawet w obliczu śmierci Henri chciał, żeby wszystko pozostało jasne i proste.
Powierzał mi coraz więcej decyzji w firmie. Klientów. Budżety. Negocjacje. A potem te najważniejsze.
Pewnego popołudnia, gdy szare światło Paryża sączyło się przez okna jego biura, powiedział do mnie:
„Już wykonujesz swoją pracę. Papierkowa robota może równie dobrze zacząć odzwierciedlać rzeczywistość”.
Przypomniał mi, co zrobił lata wcześniej, kiedy osiągnąłem pełnoletność: oficjalnie mnie adoptował.
Wtedy trudno mi było to zrozumieć.