Zamiast tego sięgnął do kieszeni płaszcza, wyciągnął gruby wełniany koc i rzucił jej go na kolana.
„Wytrzyj się” – powiedział chłodno. „To długa droga, a ja nie pozwalam, żeby krew czy łzy pobrudziły tapicerkę”.
Słowa były ostre, ale koc był ciepły.
Elena owinęła nim ciasno drżące ramiona i wtuliła twarz w wełnę. Samochód sunął szybciej przez deszcz, płynnie i bezszelestnie, pochłaniając drogę, gdy Seattle zniknęło za nimi w mgiełce odległych świateł.
Sanktuarium Diabła
Dwie godziny później samochód przejechał przez ogromne żelazne bramy, które otworzyły się same. Wspiął się na prywatną drogę wzdłuż klifu, otoczoną wysokimi sosnami kołyszącymi się na wietrze.
Na szczycie wznosiła się masywna, nowoczesna posiadłość ze szkła, stali i ciemnego kamienia, z widokiem na niespokojne, czarne wody Puget Sound.
Samochód zatrzymał się pod zadaszoną bramą. Wysoki, milczący kierowca w ciemnym garniturze natychmiast otworzył drzwi Matthew i wyciągnął parasol.
Matthew wysiadł, nie czekając na Elenę.