Po śmierci mamy porządkowałam jej papiery i znalazłam potwierdzenia przelewów – co miesiąc, od lat, na konto mojego brata. Dokładnie tyle, ile ja co miesiąc jej dopłacałam, bo “ledwo jej starczało do pierwszego”.

Segregator leżał na samym dnie szafy, pod kocami i starą pościelą w tulipany. Zwykły, szary segregator z napisem “Rachunki” na grzbiecie, zrobionym flamastrem ręką mamy. Gdybym nie szukała aktu notarialnego do mieszkania, pewnie w ogóle bym go nie otworzyła.

Ale otworzyłam. I pierwsza kartka, którą zobaczyłam, wywróciła do góry nogami wszystko, w co wierzyłam przez ostatnie osiem lat.

Potwierdzenie przelewu. Data: marzec dwa tysiące szesnastego roku. Odbiorca: Grzegorz Walicki. Kwota – dokładnie taka sama, jaką ja co miesiąc wpłacałam mamie. Co do złotówki.

Mam na imię Lucyna, niedługo skończę pięćdziesiąt cztery lata. Pracuję jako księgowa w firmie transportowej pod Lublinem, i może właśnie dlatego – przez te cyfry, zestawienia, kolumny “winien” i “ma” – tak szybko zobaczyłam schemat.

Przelewów było więcej. Kwiecień. Maj. Czerwiec. Każdy miesiąc, regularnie, jak zegarek. Od marca dwa tysiące szesnastego do września dwa tysiące dwudziestego trzeciego. Ostatni – dwa tygodnie przed tym, jak mama trafiła do szpitala.

Osiem lat. Dziewięćdziesiąt sześć przelewów.

Usiadłam na podłodze przy tej szafie, z segregatorem na kolanach, i nie potrafiłam się ruszyć. Za ścianą sąsiadka Waligórowa włączyła telewizor. Na kuchence stygła herbata, którą zrobiłam sobie godzinę temu. A ja siedziałam i liczyłam. Bo to robiłam najlepiej – liczyłam.

Mama zadzwoniła do mnie pierwszy raz z prośbą o pieniądze w lutym dwa tysiące szesnastego. Pamiętam, bo było zimno, a ona powiedziała, że rachunki za ogrzewanie zjadły jej pół emerytury. Że nie starcza. Że jest jej głupio prosić, ale nie ma innego wyjścia.

– Lucynko, ja bym nie dzwoniła, gdybym miała kogoś innego – powiedziała wtedy, a ja poczułam ścisk w gardle.

Bo Grzesiek był. Był, ale – jak mama powtarzała – sam ledwo wiązał koniec z końcem. Po rozwodzie z Agnieszką został z kredytem i alimentami, pracował dorywczo na budowach, a kiedy nie pracował, to “szukał siebie”, jak to mama nazywała. Miał czterdzieści siedem lat i wciąż szukał.