CZĘŚĆ 2
Nigdy nie wypowiedziałam tego zdania na głos. Nawet do siebie. Henri Lenoir zmarł dziesięć miesięcy wcześniej. Oficjalnie na zawał serca. Pewnego grudniowego wieczoru. W swoim biurze. Antoine wezwał straż pożarną. Madame Lenoir płakała przed wszystkimi. Pauline zorganizowała pogrzeb w Ainay z przerażającą precyzją. A ja, dwa dni po pogrzebie, znalazłam szczegół, którego nikt nie zauważył.
Czerwona bransoletka Inès. Zawiązana na rączce sekretnej szuflady w biurze Henriego. Jak znak. Henri miał dziwny zwyczaj. Kiedy chciał, żebyśmy czegoś szukali, zawiązywał czerwoną nitkę. To była gra między nim a Inès. „Czerwone jest dla odważnych” – mawiał.
W szufladzie nie było pieniędzy. Żadnego testamentu. Tylko stara fotografia. Madame Lenoir, młoda i w ciąży, stała przed domem w Bretanii. Obok niej stał mężczyzna, którego nie znałam. Na odwrocie zdanie: „Do Monique, zanim dziecko nosiło imię Lenoir”. Monique. Nikt jej tak nie nazywał. Dla wszystkich była Geneviève.
Ukryłam zdjęcie w podszewce płaszcza. Potem czekałam. Dlaczego? Bo Henri poprosił mnie, żebym poczekała. Trzy tygodnie przed śmiercią powierzył mi teczkę w biurze byłego kolegi, Bibliotece Miejskiej w Lyonie. „Camille” – powiedział mi – „jeśli zniknę za wcześnie, nie płacz przy nich. Obserwuj. Zdradzą się, myśląc, że jesteś sama”.
Myślałam, że mówi o spadku. Myliłam się. Mówił o Antoine’ie. I jego matce.
Następnego dnia po moim upokorzeniu poszłam do Maître Delmasa. Przyjął mnie w swoim biurze, niedaleko Place Bellecour. Wyglądał jak człowiek, który spał w ubraniu. „Madame Lenoir…” „Morel” – przerwałam. Spuścił wzrok. „Przepraszam za wczoraj”. „Byłeś tam. Pozwoliłeś na to”. Zacisnął mocniej dłoń na kubku z kawą. „Mnie też wrobili. Prawie wyszedłem”. Potem położył pendrive na biurku. „Henri mi to dał. Żeby ci to dać tylko, gdyby Antoine próbował podważyć aneks”. Serce mi waliło. „Dlaczego nie dałeś mi tego wcześniej?” „Bo Madame Lenoir ma mnie od trzydziestu lat”. I wtedy. Pierwsze pęknięcie. „Skąd ona cię ma?” Otworzył teczkę. Akt urodzenia. Antoine’a. Imię matki: Monique Arnaud. Ojciec: nieznany. Podziękowanie od Henriego Lenoira: sześć miesięcy później. Przeczytałem to dwa razy. „Antoine nie jest biologicznym synem Henriego”. Maître Delmas mruknął: „Nie”. W pokoju zapadła cisza. Wszystkie te ich rozmowy o krwi. O nazwisku. O czystości rodziny. Kłamstwa. — Henri wiedział? — Zawsze. Wychowywał go jak syna. Kochał go. Ale Antoine dowiedział się o tym w zeszłym roku. Zrozumiałam zbyt szybko. Interesy. Wola. Wściekłość. Antoine nie bał się, że ukradnę spadek. Bał się, że świat dowie się, że nie jest spadkobiercą krwi człowieka, którego imię nosił jak koronę.
— A Pauline? Maître Delmas zamknął oczy. — Pauline to jedyne biologiczne dziecko Henriego. Ziemia zdawała się poruszać. Pauline. Niebieski szalik. Siostra. Nie. Nie tylko siostra. Pamiętałam ich spojrzenia. Ich usunięte wiadomości. Podróże do Paryża, rzekomo na spotkania z księgarzami. Dłoń Pauline na ramieniu Antoine’a, zbyt długa. Zbyt intymna. Poczułam mdłości. — Czy oni są razem? — zapytałam. Notariusz nie odpowiedział. Nie musiał.