Część 1
Powiedział mi, że utknął na oddziale chirurgii ratunkowej.
Nathan powiedział to spokojnym, opanowanym głosem, któremu ufałam przez dziesięć lat – głosem, który utwierdzał pacjentów w przekonaniu, że może ich uratować, a jego żonę w przekonaniu, że każda noc ma jakiś cel.
„Przepraszam, Cass. Zatrzymali mnie. To poważna sprawa. Weź Ubera do domu. Wynagrodzę ci to dziś wieczorem”.
Właśnie wylądowałem na międzynarodowym lotnisku w Filadelfii po ośmiu dniach korporacyjnego szkolenia w Denver. Moja walizka stała obok mnie, płaszcz przewieszony przez ramię, a zmęczenie ściskało mnie w ramionach. Napisałem do niego SMS-a z bramki. Nikt nie odpowiedział. Zadzwoniłem z odbioru bagażu. Poczta głosowa. W końcu odebrał, w pobliżu tablic z informacjami o przejazdach współdzielonych.
Ale za jego głosem nie słyszałem szpitala. Żadnych monitorów. Żadnych pielęgniarek. Żadnych komunikatów na wyświetlaczu.
Słyszałem lotnisko.
Przez chwilę nic nie powiedziałem.
„Cass?” – zapytał zbyt delikatnie.
„Dobrze” – powiedziałam i się rozłączyłam.
Nie poszłam do strefy Ubera. Poszłam w stronę przeszklonego korytarza łączącego halę przylotów z odlotami. W połowie drogi spojrzałam w dół.
I oto był.
Mój mąż. Nie w fartuchu. Nie w szpitalu. Nathan Mercer stał przy stanowisku odprawy lotniczej w grafitowej marynarce, którą kupiłam mu na rocznicę, a jego ręka spoczywała na talii blondynki w białej sukience letniej. Jej różowozłota walizka stała na wadze. Zaśmiała się do niego, jakby była tam na swoim miejscu.
Potem ją pocałował.