„Naprawdę tak trudno ci umyć cztery talerze?” – zapytał Álvaro, nie odrywając wzroku od telefonu.
I zaraz po tym zdaniu poczułam się samotna po raz pierwszy. Samotna w małżeństwie. Samotna w ciąży. Samotna z nim siedzącym dwa metry ode mnie.
Byłam w piętnastym tygodniu ciąży. Brzuch dopiero zaczynał się pojawiać, ale moje ciało już nie było takie samo. W nocy bolały mnie plecy, nogi były ciężkie, a zmęczenie wkradało się jak gęsta mgła.
Tego popołudnia pracowałam, wstąpiłam do supermarketu, zrobiłam obiad i posprzątałam ze stołu.
Potem zapytałam:
„Álvaro, możesz umyć talerze? Mam problem ze staniem na nogach”.
Wciąż siedział na kanapie z telefonem w ręku.
„Marta, to tylko cztery talerze. Dasz radę”.
Tak. To były cztery talerze.
Ale talerze nie bolały.
Bóliło noszenie toreb w samotności. Bolało mnie, gdy słyszałam: „Jutro wyniosę śmieci”. Bolało, gdy prosiłam o pomoc i czułam, że mu przeszkadzam.
Kiedy próbowałam wytłumaczyć, że potrzebuję więcej wsparcia, zawsze odpowiadał w ten sam sposób:
„Jesteś w ciąży, a nie chora. Nie wyolbrzymiaj”.
„Nie wyolbrzymiaj”.
To zdanie sprawiało, że czułam się mała. Jakby wszystko, co mi się przytrafiało, było tylko kaprysem. Jakby moje wyczerpanie potrzebowało dowodu.
Nie chciałam, żeby traktował mnie jak szkło. Chciałam tylko, żeby mnie zobaczył. Żeby zrozumiał, że noszenie w sobie naszego dziecka nie zamienia mnie w mdłą służącą.
Ale Álvaro zawsze miał swój świetny argument:
„Pracuję. Przynoszę do domu pieniądze. Nie piję. Nie wychodzę. Czego chcieć więcej?”.
Chciałam partnera.
A potem był Víctor.
Víctor był kolegą Álvara w warsztacie. Nie znałam go dobrze. Był cichy, uprzejmy, jeden z tych mężczyzn, którzy nie wdzierają się w cudzą przestrzeń.
Álvaro powiedział mi, że lata wcześniej Víctor był zaręczony. Opiekował się swoją ciężarną dziewczyną, zabierał ją do lekarza, kupował jej wszystko, czego potrzebowała. Potem dowiedział się, że dziecko nie jest jego.
Myślałam, że ktoś po tym zmrozi.
Víctor nie zmroził.
Pewnego dnia zobaczył, jak wychodzę z Mercadony z dwiema ciężkimi torbami.
„Marta, wsiadaj, podwiozę cię”.
„Nie trzeba, dziękuję”.
„Tak, podwiozę. Wyglądasz blado”.