Ciąg dalszy historii

Zofia przez chwilę stała, wpatrując się w pusty ekran telefonu. Serce biło jej jak szalone, a głowa była pusta — jak po burzy. Potem głęboko odetchnęła, podniosła sukienkę z łóżka i ostrożnie włożyła ją do walizki. Nie tej, z którą odjechał Marcin — innej, swojej, małej, z zawieszką w kształcie papierowego samolotu. — No cóż, Grecjo… — powiedziała półgłosem, a kąciki jej ust drgnęły. — Chyba jadę sama. Pakowała się powoli, z rosnącym poczuciem pewności. Do walizki trafiły książki, kostium kąpielowy, ulubiona błękitna sukienka, krem do opalania. Wszystko jej — wszystko wybrane z myślą o sobie, nie o czyjejś wygodzie. Tej nocy nie spała. Po mieszkaniu krążył chłodny wiatr, zapach Marcina wciąż unosił się w powietrzu — ciężki, gorzki, jak wspomnienie. Usiadła przy oknie i patrzyła, jak niebo nad dachami blednie. Nagle poczuła spokój. Pierwszy raz od dawna. Rano oddała bilety dla dwojga i kupiła nowy — droższy, ale z przesiadką w Paryżu. „A dlaczego nie?” — pomyślała, czując w sobie dawno zapomniane uczucie — ekscytację. Wolność. Na lotnisku zobaczyła parę trzymającą się za ręce. Przez chwilę ścisnęło jej się serce, a potem — puściło. Bolało, ale słodko. Wzięła kawę, podeszła do okna i patrzyła na samoloty. Telefon znów zawibrował — „Marcin” na ekranie. Spojrzała na imię, nacisnęła „odrzuć” i włączyła tryb samolotowy. Kilka dni w Grecji minęło jak we śnie. Ciepłe morze, oślepiające słońce, białe ściany domów — i w głowie ani jednej myśli o Marcinie i jego „delegacjach”. Tylko gdzieś w cieniu pamięci pobrzmiewały jego słowa — „Musisz”, „Powinnaś”.