CZĘŚĆ 1
„Pani mąż nie przyszedł ani razu, pani Tereso… nawet wtedy, gdy ledwo przytomny był”.
Pielęgniarka Clara powiedziała to cicho, jakby te słowa mogły mniej boleć, gdyby zostały wypowiedziane ostrożnie. Ale Teresa Mendoza czuła, jakby otwierała się kolejna rana, ta, która nie znajdowała się w jej brzuchu i nie miała szwów.
Przez dwa tygodnie przebywała w szpitalu w Szpitalu Ogólnym w Guadalajarze po nagłej operacji. Wszystko zaczęło się od brutalnego bólu brzucha, kłującego bólu, który zgiął ją wpół na kuchennej podłodze, gdy robiła kawę mężowi.
Rogelio, jej mąż od 20 lat, to on wezwał karetkę.
To on trzymał ją za rękę na izbie przyjęć.
To on chodził tam i z powrotem z zaczerwienionymi oczami, pytając co 10 minut, czy mogą już zabrać ją na salę operacyjną.
Zanim ją zabrali, Rogelio pochylił się nad nią i pocałował ją w czoło.
„Nigdzie się nie wybieram, Tere” – obiecał jej. „Kiedy otworzysz oczy, pierwszą rzeczą, jaką zobaczysz, będzie moja twarz”.
Teresa, drżąc ze strachu, ledwo zdołała się uśmiechnąć.
„Przysięgasz?”
„Na moje życie”.
Ale kiedy Teresa się obudziła, nie widziała Rogelia.
Widziała białe światła, rurki, rozmazany cień i Clarę, pielęgniarkę, poprawiającą jej kroplówkę.
„Gdzie jest mój mąż?” – zapytała z suchością w gardle.
Klarze zajęło sekundę dłużej niż się spodziewała, zanim odpowiedziała.
„Teraz go tu nie ma”.
To „teraz” zamieniło się w jeden dzień.
Potem 3.
Potem 7.
Potem 14.
Rogelio odpisywał na jej wiadomości, ale zawsze to samo: „Nic mi nie jest, Tere. Wyzdrowiejesz. Wyjaśnię ci później”.
Raz Teresa zadzwoniła do niego z płaczem.
„Rogelio, o mało nie umarłem”.
Po drugiej stronie zapadła cisza.
„Wiem” – wyszeptał.
I się rozłączył.
Każdej nocy Teresa wpatrywała się w drzwi swojej sypialni, czekając na jego kroki. Każdego popołudnia, gdy Clara przychodziła z lekarstwami, Teresa udawała, że nikogo się nie spodziewa.
Ale spodziewała się.
Bo 20 lat małżeństwa nie znika ot tak.
Ona i Rogelio przetrwali długi, śmierć jego matki, bankructwo firmy z częściami samochodowymi i miesiące jedzenia fasoli i tortilli, żeby spłacić kredyt hipoteczny na stary dom w dzielnicy Jardines del Sol.
Ten dom był mały, z wilgotnymi sufitami, ciemną kuchnią, korytarzem z podniesioną podłogą, której Teresa nienawidziła, i salonem, w którym zawsze mówili:
„Kiedyś to naprawimy”.
Któregoś dnia pomalują.
Któregoś dnia zamontują półki.
Któregoś dnia zrobią sobie kącik do czytania przy oknie.
Pewnego dnia budowali małą szklarnię na podwórku.
Ale ten „jeden dzień” zawsze był przekładany.
Rano, kiedy wypisano ją ze szpitala, Teresa nie była już smutna. Było jej zimno.
Przećwiczyła wszystko, co mu powie.
Zapyta go, dlaczego nie przyszedł. Zażąda prawdy. Powie mu, że żadna próba pojednania nie będzie trwała, jeśli zniknie akurat wtedy, gdy go potrzebuje.
Klara odprowadziła ją do wyjścia.
„Może stało się coś, o czym nie wiesz, jak jej powiedzieć” – mruknęła pielęgniarka.
Teresa ścisnęła torbę z lekami.