Rozdział 1: Złota Klatka
Orkiestrowe crescendo walca było ogłuszające, niczym porywająca fala wiolonczel i skrzypiec, która niemal – niemal – zagłuszyła trzewne, rozdzierające pęknięcie mojego serca. To było fizyczne doznanie, głuchy trzask odbijający się echem w mojej piersi pod warstwami importowanej francuskiej koronki. Stojąc pod oślepiającym kryształowym baldachimem Wielkiej Sali Balowej St. Regis, patrzyłam, jak mój mąż, Adrian, unosi swój kryształowy kieliszek do szampana. Stał na podwyższeniu, uśmiechając się z wielkoduszną gracją nowo koronowanego króla, błogosławiącego swoich wielbiących poddanych. Pochylił się do mikrofonu, a jego głos brzmiał aksamitnie, mrucząc, co kiedyś przekonało mnie, że jest moim sanktuarium.
„Ten taniec” – mruknął, omiatając wzrokiem morze uniesionych ku górze twarzy – „jest dla kobiety, którą kochałem z całej duszy od dziesięciu lat”.
Przez jedną bolesną, oślepiającą sekundę naprawdę wierzyłam, że mówi o mnie.