CZĘŚĆ 2
Thomas sięgnął po kopertę. „Daj mi ją”. Mistrz Bresson ją odsunął. „To nie do ciebie”. „Jestem synem Armanda”. „A jednak zaadresował ją do Madame Lefèvre”. Wszystkie oczy zwróciły się na mnie. Poczułam drżenie dłoni Sachy w mojej. Na kopercie widniał napis Armanda: **Dla Élodie, jeśli moje dzieci zapomną, że miłość nie mierzy się krwią.** Poczułam ból, zanim jeszcze ją otworzyłam. Pismo Armanda było nierówne, jak w ostatnich miesiącach jego życia.
„Moja droga Élodie, jeśli ten list jest czytany, to znaczy, że mnie nie ma, a moje dzieci zrobiły to, czego się obawiałam: wzięły cię za złodziejkę, a Sachę za niechcianą paczkę. Muszę teraz powiedzieć to, czego nie miałam odwagi powiedzieć za życia. Sacha nie jest moim biologicznym synem. Ale trafił do naszego domu z powodu grzechu, który nosi nasze imię”. Thomas zaklął. „Kolejna teatralność”. Mistrz Bresson przerwał mu: „Niech czyta”. Kontynuowałem.
„Jego matka, Inès, to nie tylko była pracownica. To córka Marca Delaunaya, człowieka, który uratował moją firmę dwadzieścia osiem lat temu, biorąc na siebie odpowiedzialność za mnie po wypadku w zajezdni w Roubaix”. Przerwałem. Mgliście znałem tę historię. Pożar w magazynie. Pracownik, który później zmarł na chorobę układu oddechowego. Armand nigdy o tym nie wspominał. Thomas ze swojej strony nagle stracił pewność siebie.
„Tego wieczoru zatwierdziłem niebezpieczne cięcia kosztów w zakresie standardów bezpieczeństwa. Marc Delaunay podpisał raport, który obciążał jego, a nie mnie. Obiecałem chronić jego rodzinę. Nie zrobiłem tego wystarczająco. Jego córka, Inès, dorastała w poczuciu wstydu z powodu tego kłamstwa. Pracowała dla nas, bo nic jej nie zostało. Moje dzieci zawsze traktowały ją jak zagubioną duszę. Wiedziałem, że była przede wszystkim córką, której nasz majątek coś zawdzięczał”. Madeleine z trudem wstała. „To nieprawda. Armand miał urojenia”. Mistrz Bresson wyjął z torby drugą teczkę. „Załączył dokumenty”. Thomas niemal wyrwał teczkę z oczu. Wewnętrzne raporty. Stary list. Kopia poufnej umowy. Płatności dla rodziny Delaunay, a potem ucichł. Clémence wyszeptała: „Tata nigdy nam o tym nie mówił”. „Bo nie słuchałeś długów, które nic nie przynosiły” – powiedziałam. Mój głos już nie drżał. Nie wiedziałam, skąd bierze się ta siła. Może od Sachy. Może od Armanda. Może z trzech lat obelg, które właśnie dobiegły końca. Ponownie wzięłam list.