Policja przyjechała po dwudziestu minutach.
Nie po to, żeby wyrzucać kogokolwiek siłą w trzy sekundy, jak wyobrażała sobie Halina. Po to, żeby przerwać awanturę, potwierdzić dokumenty i spisać protokół, bo moja pośredniczka była mądrzejsza niż pół mojej dawnej rodziny razem wzięte.
Katarzyna pokazała funkcjonariuszom akt własności, wydruk z księgi wieczystej, moje pisemne cofnięcie zgody na zamieszkiwanie, potwierdzenia doręczenia do Pawła i nagranie z korytarza sprzed dziesięciu dni, na którym Halina krzyczała:
— Oddasz kartę z pensją, to wejdziesz!
Policjant spojrzał na Pawła.
— Pan otrzymał wezwanie do opuszczenia lokalu?
Paweł spuścił głowę.
— Otrzymałem.
Halina odwróciła się do niego tak gwałtownie, że pestki rozsypały się po dywanie.
— I nic mi nie powiedziałeś?!
— Myślałem, że Ala ochłonie.
Usłyszałam to przez telefon i prawie się roześmiałam.
Ochłonie.
Tak nazywali moment, w którym kobieta ma wrócić z pieniędzmi, przeprosić za własne granice i jeszcze ugotować kolację.
— Proszę przekazać panu Pawłowi — powiedziałam do Katarzyny — że nie ochłonęłam. Ja policzyłam.
Moja prawniczka, mecenas Marta Galińska, weszła chwilę później. Miała w ręku segregator i twarz osoby, która nie przychodzi prosić, tylko porządkować.
— Panie Pawle — powiedziała — pani Alicja składa pozew rozwodowy. Ponadto wzywa pana, pańską matkę oraz osoby trzecie zamieszkujące lokal bez tytułu prawnego do jego opuszczenia i wydania rzeczy stanowiących jej własność.
Halina parsknęła.
— Jakich rzeczy? Wszystko tu jest rodzinne!
Mecenas otworzyła segregator.
— Sofa: faktura na Alicję Wronę. Telewizor: faktura na Alicję Wronę. Stół, krzesła, pralka, lodówka, ekspres, dywan, zasłony, komplet naczyń, odkurzacz, łóżko w sypialni: wszystko zakupione przez Alicję Wronę przed ślubem albo z jej majątku osobistego. Szlafrok, który ma pani na sobie, również.
Dzieci państwa Majewskich próbowały nie patrzeć.
Ich matka patrzyła.
Nie z pogardą. Raczej z tym rodzajem współczucia, którego człowiek nie chce dostać w swoim dawnym salonie.
Halina zawiązała pasek szlafroka ciaśniej.
— Nie będę się przy obcych rozbierać!
— Nikt pani nie każe — powiedziała mecenas. — Ale przed opuszczeniem lokalu proszę zostawić cudzą rzecz.
Paweł wreszcie odzyskał głos.
— Ala, możemy porozmawiać?
— Rozmawiałeś ze mną przez zamknięte drzwi.
— To była głupia sytuacja. Matka przesadziła.
Halina wrzasnęła:
— Ja przesadziłam? Broniłam twojego honoru! Baba zarabia pieniądze i myśli, że może rządzić mężem!
Mecenas Galińska spojrzała na nią.
— Pani Halino, pani żądała dwudziestu tysięcy złotych miesięcznie od osoby, wobec której nie ma pani żadnego prawa, a następnie uniemożliwiła jej wejście do własnego mieszkania.
— Bo trzeba było ją nauczyć szacunku!
Policjant zapisał to zdanie.
Bardzo starannie.
Następne czterdzieści osiem godzin były dla rodziny Sobczaków lekcją, której nie da się kupić za cudzą pensję.
Paweł próbował dzwonić do mnie trzydzieści siedem razy. Nie odebrałam. Odpowiadała mecenas. Halina krążyła po mieszkaniu, pakując raz swoje rzeczy, raz moje, aż pośredniczka i prawniczka musiały zrobić zdjęcia każdego pokoju i spisać, co należy do kogo.
Brat Pawła z żoną wyprowadzili się pierwsi. Wnieśli dwie torby, a wynosili pięć, dopóki Katarzyna nie zauważyła, że w jednej jest mój blender i pościel z gościnnego pokoju.
— To było w szafie — burknęła bratowa.