Sąsiad z działki obok od maja trzy razy proponował, że odkupi moją – “po sąsiedzku, bez pośredników, po co pani ten kłopot”. W czwartek w gminie zobaczyłam obwieszczenie: teren naszych ogrodów idzie pod zabudowę. Wisiało od kwietnia. Sąsiad bywa w gminie co tydzień.

Adama znałam od siedemnastu lat. Siedemnastu. Tyle samo, ile rosły moje porzeczki przy płocie od jego strony – sadzone jeszcze z tatą, który rok później umarł i zostawił mi tę działkę w spadku.

Adam pomagał mi wtedy naprawić furtkę. Pożyczał sekator. Przynosił sadzonki floksów, bo wiedział, że mama je lubiła. Gdyby ktoś mi powiedział, że ten człowiek kiedyś będzie mnie oszukiwał z uśmiechem na twarzy – kazałabym mu się leczyć.

A jednak.

Pierwszy raz zagadał w maju, przy okazji – niby mimochodem, przy kawie z termosu na jego ławeczce.

– Pani Jolanto, a co pani w ogóle planuje z tą działką? Bo ja bym odkupił, gdyby pani chciała. Bez pośredników, po sąsiedzku. Po co pani ten kłopot.

Kłopot. Użył dokładnie tego słowa. Jakby trzydzieści metrów kwadratowych truskawek, dwa jabłka antonówki, grządki z marchewką i altana, którą Roman stawiał przez dwa lata, zanim odszedł – jakby to wszystko było kłopotem.

Odmówiłam grzecznie. Powiedziałam, że nie planuję sprzedawać, że to po rodzicach, że mam sentyment.

Adam skinął głową. Uśmiechnął się. Powiedział, że rozumie.

W czerwcu wrócił z tym samym.

– Bo wie pani, takie działki to teraz ciężar. Opłaty rosną, zarząd ROD robi problemy. A ja bym zagospodarował, pan by miała spokój.

Tym razem dodał coś jeszcze – rzucił kwotę. Nie jakaś kosmiczna, ale uczciwa. Przynajmniej tak mi się wtedy wydawało. Pomyślałam nawet przez chwilę: może ma rację? Od kiedy Roman nie żył, jeździłam na działkę coraz rzadziej.

Plecy bolały przy przekopywaniu grządek. Porzeczki zbierała za mnie Zofia, koleżanka z pracy, bo sama nie nadążałam. Ale potem weszłam do altany, zobaczyłam kołek w ścianie, na którym Roman wieszał swój słomkowy kapelusz – i wiedziałam, że nie sprzedam.

Trzeci raz Adam przyszedł w lipcu, już poważniejszy. Bez kawy, bez uśmiechu, z kartką.

– Przyniosłem taką wstępną umowę. Prawnik znajomego spisał, wszystko czyste. Pani przeczyta, przemyśli, nie trzeba od razu podpisywać.

– Adam, ja nie sprzedaję – powiedziałam.

– Ale pani się nad tym nie zastanowi?

– Zastanawiałam się. Nie sprzedaję.

Zabrał kartkę. Wzruszył ramionami. Poszedł do siebie, ale tym razem nie powiedział “rozumiem”. I coś w jego milczeniu mnie ukłuło – taka drobna igiełka między żebrami. Nie wiedziałam jeszcze dlaczego.

Dowiedziałam się w czwartek. Pojechałam do gminy w zupełnie innej sprawie – przedłużyć dowód osobisty. W korytarzu, obok okienka ewidencji, wisiała tablica z obwieszczeniami. Normalnie przechodzę obok bez patrzenia, ale tego dnia stała tam kolejka i nie miałam co robić, więc czytałam.

I wtedy zobaczyłam.