„Podpisałem” – powiedział w końcu Bence. „Ale nie zachowuj się, jakby doszło do przestępstwa”.
Przez chwilę myślałem, że nadal ma jakieś wytłumaczenie.
Może mówił, że doszło do nieporozumienia.
Może przepraszał.
Zamiast tego był zirytowany, że go złapano.
– Wpisałeś moje nazwisko na umowę ratalną.
– Jesteśmy małżeństwem.
– To nie stanowi pełnomocnictwa.
– I tak byś zapłacił.
Ildikó skinęła głową z aprobatą.
– Ktoś musiał się tym zająć. Gdybyśmy ci powiedzieli wcześniej, kłóciłbyś się tylko tygodniami.
– Nic nie powiedziałeś, bo wiedziałeś, że odmówię.
– Właśnie dlatego – warknął Bence.
W tym momencie stało się jasne, że nie podjął złej decyzji w pośpiechu.
Cały plan opierał się na postawieniu mnie w gotowej sytuacji.
Mieszkanie miało zostać sprzedane.
Niezbędny sprzęt miał zostać zamówiony.
Walizki miały zostać przywiezione.
Wtedy byłbym zbyt uprzejmy, zbyt spokojny albo zbyt nieśmiały, żeby odprawić cztery osoby z kwitkiem.
Nie kłóciłem się już dłużej.
Zadzwoniłem do firmy, która oferuje schodołazy.
Bence próbował odebrać mi telefon, ale się cofnąłem.
„Dobry wieczór. Przed chwilą dostałem wiadomość z potwierdzeniem umowy” – powiedziałem operatorowi. „Zamówienie jest na moje nazwisko, ale ja go nie złożyłem i nie podpisałem”.
Ton po drugiej stronie linii natychmiast się zmienił.
Poprosili o szczegóły.
Zweryfikowali moją tożsamość.
Potem powiedzieli, że proces zostanie zawieszony, a sprawa zostanie przekazana do działu prawnego.
„Nie ma takiej potrzeby” – syknął Bence.
Przełączyłem telefon na tryb głośnomówiący.
„Proszę o pisemne potwierdzenie, że kwestionuję umowę”.
„Oczywiście” – odpowiedział operator.
Po rozłączeniu się zalogowałem się do aplikacji bankowej.
Zmieniłem hasło.
Unieważniłem autoryzacje do wspólnego konta.
Zablokowałem własną kartę kredytową i złożyłem wniosek o nową.
„Co pan robi?” Bence zapytał.
„Zabraniam ci robienia czegokolwiek innego w moim imieniu”.
„Mówisz o nas, jakbyśmy byli zagranicznymi oszustami”.
„Przynajmniej obcokrajowcy nie znają mojego podpisu”.
W tym momencie Tamás stracił cierpliwość.
„Dość tego! Niczego ci nie ukradliśmy. Mamy wystarczająco dużo pieniędzy, nie potrzebujemy twojego domu”.
Wszyscy odwróciliśmy się do niego.
Twarz Ildikó stężała.
„Tamás, zamknij się”.
Ale było za późno.
„Skoro mają wystarczająco dużo pieniędzy, dlaczego miałbym płacić rachunek?” zapytałem.
Tamas spojrzał niepewnie na żonę przez chwilę.
„Bo nie chcemy żyć z pieniędzy, które dostaliśmy za mieszkanie”.
„Ile zostało po sprzedaży?”
– To nie twoja odpowiedzialność – powiedziała Ildikó.
– W takim razie ich utrzymanie też nie jest moją odpowiedzialnością.
Bence trzasnął pięścią w stół.
– Pięćdziesiąt dwa miliony forintów! Jesteście już zadowoleni?
Zamilkliśmy.
Pięćdziesiąt dwa miliony.
Tylko tyle zostało po spłacie kredytu i opłacie dla agenta nieruchomości.
– A nie stać ich na aparaty słuchowe ani na wyprowadzkę?
– To dodatek do ich emerytury – powiedział Bence. – Rezerwa.
– A jakie są moje dochody?
Nie odpowiedziała.
– Ile planujesz miesięcznie płacić za media?
Ildikó spojrzała na mnie, jakbym zadała jej obraźliwe pytanie.
– Dlaczego mielibyśmy płacić? Mieszkamy z własnym synem.
– I ze mną.
– I tak trzeba utrzymać dom.