CZĘŚĆ 1 — DRZEWO DEANA
Mój mąż posadził naszą jabłonkę dwanaście lat temu, zaledwie kilka miesięcy przed śmiercią.
Dean chorował już od jakiegoś czasu, choć żadne z nas nie chciało przyznać, jak poważna się stała. Nawet gdy noszenie worka z ziemią zapierało mu dech w piersiach, pozostał zdecydowany sam posadzić młodą sadzonkę.
„To najlepsze miejsce” – powiedział, wskazując na słoneczny zakątek ogrodu.
Przypomniałam mu, że jego lekarz zabronił podnoszenia ciężarów.
„To drzewo, Sloane” – odpowiedział z uśmiechem. „Nie zawody w podnoszeniu ciężarów”.
Posadziliśmy je razem. Prawdę mówiąc, to ja kopałam, a Dean siedział obok i udzielał wskazówek. Kiedy skończyliśmy, położył rękę na cienkim pniu.
„Daj mu czas” – powiedział. „Zaskoczy cię”.
Dean zmarł cztery miesiące później.
Przez dwa lata drzewo nic nie dawało. Prawie go wyrwałam, bo patrzenie na niego przyprawiało mnie o ból. Aż w końcu pewnej wiosny zakwitło.
Następnej jesieni wydało dwanaście jabłek.
Policzyłam każde.
Z biegiem lat drzewo rosło w siłę. Wkrótce wydało wystarczająco dużo owoców na ciasta, cydr, mus jabłkowy, dla sąsiadów i dzieci, które pukały z pytaniem, czy mogą zerwać jedno.
Zawsze się zgadzałam.
Drzewo stało się częścią sąsiedztwa, ale dla mnie pozostało jedną z ostatnich żywych istot, których dotknął Dean.
Potem Ryan wprowadził się do domu obok.
W ciągu kilku tygodni wymienił skrzynkę na listy, usunął wszystkie kwiaty z ogródka przed domem i zasypał ziemię białymi kamieniami. Pewnego popołudnia zapukał do moich drzwi i od razu wskazał na moje podwórko.
„Musimy porozmawiać o twoim drzewie”.
„O jabłoni?” zapytałam. „Jest piękna”.
„Jest w nieładzie”, odpowiedział. „Jej gałęzie przechodzą przez płot, a owoce spadają do mojego ogrodu”.
Zaproponowałem, że przytnę gałęzie i zbiorę wszystko, co spadnie na jego posesję.
Ryan pokręcił głową.
„Nie chcę, żeby je przycinano. Chcę, żeby je usunięto”.
„To się nie stanie”.
Zaczął mi prawić kazania o wartościach nieruchomości, owadach i wyglądzie. Przypomniałem mu, że drzewo rośnie całkowicie na mojej działce.
Jego wyraz twarzy stwardniał.
„Może ci się nie spodobać to, co się stanie później”.
Następnego dnia zatrudniłem kogoś, kto przyciąłby każdą gałąź, która przecinała płot. Nic z drzewa już nie spadnie do ogrodu Ryana.
To powinno zakończyć spór.
Zamiast tego Ryan kontynuował narzekanie.
Twierdził, że korzenie uszkodzą jego fundament. Mówił, że jabłka przyciągają gryzonie. W końcu złożył formalną skargę do wspólnoty mieszkaniowej.
Mira, przedstawicielka wspólnoty, obejrzała drzewo i nie stwierdziła żadnych nieprawidłowości.
„Drzewo rośnie na posesji Sloane” – powiedziała Ryanowi. „Nie wolno ci go niszczyć”.
Po tym Ryan przestał do mnie mówić.
Ale nadal mnie obserwował.
Zawsze, gdy pracowałam na zewnątrz, czułam, że jego wzrok śledzi mnie z kuchennego okna.
Dlatego po cichu zainstalowałam kamerę leśną za żywopłotem, skierowaną na drzewo i furtkę ogrodową.
Miałam nadzieję, że nigdy jej nie będę potrzebować.
Trzy tygodnie później obudziłam się i zobaczyłam setki jabłek porozrzucanych po moim trawniku.
Prawie wszystkie owoce zostały zerwane z drzewa. Kilka mniejszych gałęzi było złamanych, a ziemia pod nimi rozerwana.
Nie płakałam nad jabłkami.
Ktoś wszedł na moją posesję i celowo uszkodził drzewo posadzone przez Deana.
Ryan pojawił się na ganku z filiżanką kawy w ręku.
„Ty to zrobiłeś?” zapytałam.
Spojrzał na zniszczone owoce i uśmiechnął się.
„Musiał wiać silny wiatr”.
Nie było wiatru.