
— To kuchnia — odpowiedziałam spokojnie i upiłam kawy. — Czasem są w niej naczynia. W powietrzu zawisła cisza. Gęsta, że można by ją kroić nożem. Marek zrobił krok do przodu. — Mówiłem, że ma być idealnie. — A ja mówiłam, że nie jestem służącą. Elżbieta prychnęła i weszła dalej, demonstracyjnie nie zdejmując butów. Paweł z Zofią zajrzeli za nią, wymienili spojrzenia i bez słowa przeszli do salonu. Dzieci od razu zaczęły biegać po mieszkaniu, nawet się nie rozbierając. Nie ruszyłam się z miejsca. — Gdzie śniadanie? — zapytała ostro Elżbieta. — Po drodze można było coś zjeść — odpowiedziałam. — Albo poczekać na dostawę. Będzie na trzynastą. — Dostawę? — Marek podniósł głos. — Nawet nie ugotowałaś? — Nie. Patrzył na mnie tak, jakby widział mnie pierwszy raz. I w pewnym sensie tak było. Zofia ostrożnie się wtrąciła: — Może same coś zrobimy? To żaden problem… Odwróciłam się do niej: — Kuchnia jest do waszej dyspozycji. Spojrzała na zlew, na kuchenkę — i lekko pobladła. Elżbieta skrzyżowała ręce. — Niesamowite. Po prostu niesamowite. Marek, ty naprawdę tak żyjesz? Uśmiechnęłam się lekko. — Nie. Zwykle gotuję i sprzątam. Po prostu dziś mam wolne. — Wolne? — powtórzył Marek. — Tak. Wyobraź sobie, że ludzie, którzy pracują, czasem je mają. Zacisnął pięści. — Robisz ze mnie pośmiewisko. — Nie, Marek. Przestałam cię zasłaniać. Otworzył usta, ale nie znalazł słów. W tym momencie zadzwonił dzwonek. Dostawa. Spokojnie wstałam, odebrałam torby i rozłożyłam pudełka na stole. — Proszę. Jedzenie z restauracji. Nie trzeba stać przy kuchence. Dzieci się ożywiły. — Hurra, jedzenie! Paweł uśmiechnął się krzywo: — No, przynajmniej to przemyślane.