CZĘŚĆ 1
Pięć miesięcy po zakończeniu chemioterapii zaskoczyłam męża weekendem w tym samym górskim hotelu, w którym dwadzieścia lat wcześniej spędziliśmy miesiąc miodowy. Pragnęłam jednego bardziej niż czegokolwiek innego: poczuć się znowu żoną Jeffreya, a nie kruchą pacjentką, którą opiekował się przez ostatni rok.
Rak zmienił niemal wszystko w moim postrzeganiu siebie. Moje gęste, kasztanowe włosy zostały zredukowane do zaledwie kilku centymetrów miękkiego meszku. Operacja pozostawiła blizny na mojej klatce piersiowej, a miesiące leczenia zmieniły moje ciało w sposób, który wciąż trudno mi zaakceptować. Każdego ranka stawałam przed lustrem, próbując przekonać samą siebie, że przetrwanie powinno być ważniejsze niż wygląd.
Ale przetrwanie nie uciszało automatycznie poczucia niepewności.
Dlatego na naszą dwudziestą rocznicę ślubu potajemnie zarezerwowałam ten sam hotel, w którym zaczęło się nasze małżeństwo.
Kiedy powiedziałam Jeffreyowi, żeby zostawił sobie wolny następny weekend, zawahał się tylko przez chwilę.
„Następny weekend?”
„Mamy rocznicę. Chcę, żebyśmy ją godnie uczcili”.
„Dokąd jedziemy?”
„To niespodzianka. Spakuj coś ładnego”.
Uśmiechnął się, ale zauważyłam, jak szarpie za dużą flanelową koszulę, którą ostatnio nosił niemal bez przerwy. Zaczął się też przebierać za drzwiami łazienki, zamiast w naszej sypialni.
„Wiesz, że możesz się tu przebrać” – zażartowałam pewnego ranka. „Widziałam cię już wcześniej”.
„Stare nawyki”.
Nie zwróciłam na to uwagi. Byłam zbyt pochłonięta własnymi kompleksami, żeby zastanawiać się, czy Jeffrey też coś ukrywa.
W noc przed naszym wyjazdem leżałam obok niego w ciemności.
„Nadal uważasz, że jestem piękna?”
„Wiesz, że tak”.
„Powiedz to szczerze”.
Zapadła krótka cisza.
Potem Jeffrey odwrócił się do mnie.
„Jesteś najpiękniejszą kobietą, jaką znam. To się nigdy nie zmieniło”.
Rozpaczliwie chciałam mu wierzyć.
Podczas każdego leczenia trzymał mnie za rękę, wiózł na wizyty, uczył mnie harmonogramu leków i był przy mnie w najgorszych dniach. Jednak okrutny głos w moim wnętrzu szeptał, że może został tylko dlatego, że porządni mężowie nie porzucają chorych żon.
„Jeffrey?”
„Hmm?”
„Nadal jesteś ze mnie zadowolony?”
Znów się zawahał.
„Szczęśliwszy, niż zasługuję”.
Nie zapytałam, co to znaczy.
Tydzień później weszliśmy do pokoju hotelowego i po raz pierwszy od miesięcy poczułam ekscytację, a nie strach. Pokój wyglądał niemal dokładnie tak, jak go zapamiętałam – sosny za oknem, ciepłe lampy i ogromne łóżko king-size pośrodku.
Odwróciłam się do Jeffreya, spodziewając się, że się uśmiechnie.
Zamarł.
Jego wzrok utkwił w łóżku.
„Jest tylko jedno łóżko”.
Zaśmiałam się nerwowo.
„Tak zazwyczaj wyglądają weekendy rocznicowe”.
Ale Jeffrey się nie roześmiał.
Ścisnął rączkę walizki tak mocno, że aż zbladły mu kostki palców.
„Co się stało?”
„Nic. Pokój jest piękny. Zrobiłeś coś wspaniałego”.
Ale nie chciał na mnie spojrzeć.
Odsunęłam zasłony.
„Pamiętasz ten widok? W czasie naszej podróży poślubnej stałeś tu i mówiłeś mi, że nigdy nie widziałeś niczego piękniejszego”.
„Pamiętam”.
Potem Jeffrey odchrząknął.
„Idę do innego pokoju”.
Odwróciłam się.
„Co?”
„Zamówię pokój na końcu korytarza. Ostatnio jestem niespokojna, przewracam się w nocy. Nie chcę ci przeszkadzać”.
Wpatrywałam się w niego.
„Jeffrey, to nasza dwudziesta rocznica ślubu”.
„To tylko do spania. Zjemy jeszcze kolację. Spędzimy razem dzień.”
„Dzień?”
Coś zimnego we mnie zagościło.
„Nie chcesz spać obok mnie.”