W styczniu 1817 roku stara kobieta leżała w zimnej chacie na końcu wsi i nie czekała już na poranek.
Sześć dni bez jedzenia.
Bez drewna.
Bez synów.
Za oknem leżał śnieg tak ciężki i nieruchomy, jakby zapomniał, że kiedykolwiek powinien stopnieć. Mróz oblepił szyby od środka białą skorupą. Woda w kubku przy łóżku zamarzła cienką taflą. Piec, który kiedyś grzał cały dom, był zimny jak kamień na cmentarzu.
Kobieta nazywała się Małgorzata.
Miała siedemdziesiąt osiem lat.
W takim wieku człowiek już nie kłóci się z losem. Nie targuje się z Bogiem. Nie liczy dni do wiosny z dziecięcą wiarą. Leży i słucha, jak w ciemności trzeszczy lód na szybie.
Mieszkała na skraju małej wsi pod wzgórzem, w kamiennej chacie z niskim dachem. Kiedyś było tam głośno. Kroki męża. Kaszel dzieci. Garnek stukający o płytę pieca. Głosy przy stole, kłótnie, śmiech, modlitwy. Teraz dom słuchał tylko jej krótkiego, nierównego oddechu.
To była zima po roku bez lata.
Ludzie mówili o niej szeptem, jak o karze.
Wcześniej słońce nie chciało grzać. Deszcz przychodził nie w porę. Zboże zgniło albo nie wyrosło. Ziemniaki były małe, chore, czarne pod skórką. Mąka zniknęła najpierw z komór, potem ze wspomnień. Do garnków wrzucano pokrzywę, obierki, korę, wszystko, co jeszcze można było nazwać jedzeniem, jeśli bardzo chciało się przeżyć.
Głód robi z ludzi cichych sąsiadów.
Nie dlatego, że nie mają serca.
Dlatego, że serce też potrzebuje siły.
Małgorzata przez jakiś czas chodziła jeszcze do kościoła, gdzie proboszcz rozdawał rzadką polewkę. Potem nogi odmówiły. Trzy dni wcześniej upadła przy drzwiach i już wiedziała, że drugi raz nie wstanie sama. Dociągnęła się do łóżka, przykryła wszystkimi kocami i pierzynami, jakie znalazła, i zaczęła czekać.
Nie myślała nawet o śmierci.
Myślała o chłodzie.
Bo chłód nie przychodzi od razu.
Najpierw zabiera palce.
Potem ramiona.
Potem miejsce pod żebrami.
A na końcu robi człowieka pustym, jakby dusza już wyszła, tylko ciało jeszcze nie zdążyło o tym powiedzieć.
Miała dwóch synów.
Jeden nie wrócił z wojny. Drugi umarł na febrę w dalekim obozie robotników, gdzie ludzie spali w błocie i chorowali szybciej, niż ksiądz nadążał zapamiętywać nazwiska. Męża pochowała dawno. Rodziców jeszcze dawniej. Tych, którzy ją kochali, ziemia zabrała po kolei.
I wtedy, w tę noc, przy oknie coś zaszeleściło.
Nie był to ludzki stuk.
Nie była to ręka.
Coś miękkiego, upartego, żywego przeciskało się przez szczelinę między okiennicą a kamienną ramą.
Małgorzata odwróciła głowę tyle, ile mogła.
Na podłogę spadła kotka.