Na grzbiecie wzgórza, może czterysta jardów przed linią meksykańskich żołnierzy, stał samotny jeździec. Pod nim drobny, łaciaty koń, biały w szare plamy, mały i brzydki według kawaleryjnych standardów. Jeździec siedział na nim luźno, bez pośpiechu, jak człowiek odpoczywający na progu własnego domu, a nie wojownik patrzący na trzydziestu uzbrojonych ludzi.
Przez chwilę nic się nie działo.
Potem koń ruszył.
Nie przyspieszył. Nie przeszedł w galop. On wybuchł spod jeźdźca, jakby sama ziemia wyrzuciła go ze szczytu wzgórza. Kamienie prysnęły spod kopyt. Grzywa szarpnęła się na wietrze. Kurz uniósł się za nim jak dym.
Rafael podniósł muszkiet.
I wtedy zobaczył, że siodło jest puste.
Nie było krzyku. Nie było ciała spadającego na ziemię. Jeździec po prostu zniknął.
Przez jedno uderzenie serca trzydziestu żołnierzy patrzyło na rozpędzonego konia bez jeźdźca. Niektórzy cofnęli się o krok. Inni stali jak przygwożdżeni. Kapitan Molina krzyknął:
– Ognia!
Strzały padły nierówno. Dym z prochu rozlał się przed szeregiem. Rafael nie nacisnął spustu. Nie potrafił. Jak strzelić do człowieka, którego już nie ma?
Koń był coraz bliżej.