— Pakują rzeczy — ciężko odetchnął Sebastian. — Zamówiłem im samochód. Pojadą dziś do ciotki Marii. Przez chwilę milczałam, potem tylko powiedziałam: — Dziękuję. Zaraz wracam. Na ulicy oślepiało słońce. Wracając do domu, czułam dziwną lekkość i niepokój jednocześnie. Serce waliło — czy on naprawdę postawił granice? Czy pierwszy raz wybrał nas? Kiedy weszłam, kartony stały już w korytarzu. Jan zapinał walizkę, Klara siedziała przy stole, ściskając chusteczkę. Gdy mnie zobaczyła, uniosła głowę i w jej wzroku po raz pierwszy pojawiło się zakłopotanie. — No cóż — powiedziała chłodno. — Widać, myliłam się. Nikt tu na nas nie czeka. Nie odpowiedziałam. Podeszłam tylko, wzięłam swój kubek i odstawiłam go na półkę. Jan cicho westchnął, nie patrząc na mnie, i wyniósł walizkę za drzwi. Klara wstała powoli, jakby nagle zrobiło jej się ciężko. — Sebastian — powiedziała z progu. — Jedziemy. Jak coś, zadzwoń. — Zadzwonię, mamo — kiwnął głową, ale patrzył już na mnie. Drzwi się zamknęły. Powietrze stało się inne — lekkie, ciepłe, żywe. Stałam na środku kuchni, nie wierząc, że ten chaos naprawdę się skończył. Sebastian podszedł, usiadł na blacie i powiedział cicho: — Cały ranek się kłócili. Mama krzyczała, że jestem niewdzięczny, że zniszczyłaś rodzinę. A potem ucichła i sama powiedziała: „Chodź, Janek. Niech dzieci żyją jak chcą”.
Ciąg dalszy historii