
– Nie… źle to zrozumieliście… – Marta ścisnęła palce do bólu. – Wtedy naprawdę potrzebowałam pieniędzy. Chciałam wszystko oddać! Przecież wiecie, że nie jestem złodziejką. Dawid milczał. Stał wyprostowany, a między nimi rozlała się lodowata pustka. – Ten łańcuszek był prezentem od mojego ojca – wyszeptała Klara. – Dostałam go, gdy miałam szesnaście lat. Marta odwróciła wzrok. – Odkupiłabym go, naprawdę! Po prostu przyszedł rachunek z kliniki… zęby, to nie kaprys! Było napisane „natychmiast”. Nie miałam wyboru. – Miałaś wybór – powiedział cicho Dawid. – Zadzwonić i powiedzieć prawdę. – A pomoglibyście wtedy? – wybuchła. – Wy, którzy teraz chcecie mnie wysłać na emeryturę? Powiedzielibyście to samo: „Mamo, nie mamy pieniędzy”. Klara spuściła głowę, jej twarz była jak z kamienia. W pokoju unosił się zapach chłodu i leków. – Mamo – Dawid zrobił krok bliżej. – Nie chcę się już z tobą kłócić. Po prostu odejdź. Na jakiś czas. Proszę. Marta zastygła. Jakby coś w jej klatce piersiowej pękło, zostało tylko echo. – Mówisz poważnie? Wyrzucisz własną matkę? – Nie wyrzucam, jeśli sama zdecydujesz się odejść. Ale teraz potrzebujemy spokoju. – Spokoju?! – zaśmiała się nerwowo. – Chcecie, żebym wyszła jak ostatnia żebraczka?