
Autobus, który niespodziewanie wyłonił się zza zakrętu, zatrzymał się o metr od przystanku. Z jego otwartych drzwi dobiegł zirytowany głos kierowcy: — Hej! Co tu się dzieje? Zostawcie człowieka w spokoju! Chłopaki zamarli. Łukasz automatycznie schował telefon, Tomek opuścił kamerę, a Bartek, przestępując z nogi na nogę, wymamrotał: — My… my nic złego, tylko żartowaliśmy. — Żartowaliście? — powtórzył kierowca, wysoki facet po czterdziestce z gęstymi brwiami. — Chyba was pogięło! Staruszka się czepiacie?! Wysiadł z autobusu i podszedł bliżej. Teraz przechodnie zaczęli się zatrzymywać. Ktoś wyciągał telefon, ktoś szeptał: „To ci, co nagrywają ludzi”. Nastrój zmienił się w jednej chwili — siła tłumu przestała być po stronie śmiejących się. Marek się nie ruszał. Twarz miał spokojną, ale palce wciąż drżały. Opuścił wzrok, żeby nikt nie zobaczył, jak w jego oczach błysnęło coś więcej niż ból — wspomnienie. Ostrze przeszłości przecięło świadomość, i dopiero po chwili złapał równy oddech. — Wszystko w porządku — powiedział w końcu ochryple. — Niech idą. Kierowca machnął z irytacją ręką: — Jeszcze raz was zobaczę, dzwonię po policję. Słyszeliście, chłopaki? Zmykać. Łukasz, zaciskając zęby, burknął: — Pieprzcie się wszyscy…