Daniel Whitaker stał jak sparaliżowany w szpitalnej poczekalni, wciąż czując ciepło oddechu pielęgniarki Gabrieli Ruiz tuż przy uchu. Przez chwilę myślał, że przekręcił słowa. Może źle usłyszał przez szum automatów, odległe kroki i ostry zapach środka dezynfekującego unoszący się w powietrzu.
Ale oczy Gabrieli podpowiadały mu, że niczego się nie przesłyszał.
Nie wyglądała na zdenerwowaną, jakby popełniła błąd. Wyglądała na przerażoną, jak ktoś, kto zbyt długo zwlekał z powiedzeniem prawdy i wiedział, że każda sekunda ma znaczenie. Zanim Daniel zdążył zapytać, co ma na myśli, wcisnęła coś płaskiego i sztywnego do kieszeni jego koszuli.
„Nie otwieraj tego tutaj” – wyszeptała. „Niech tego nie zobaczy”.
Gardło Daniela ścisnęło się. „Co to jest?”
Gabriela natychmiast się cofnęła, a na jej twarzy pojawił się profesjonalny spokój, jakby nic się nie stało. Wzięła z lady podkładkę i odezwała się normalnym głosem. „Proszę pana, proszę tu zaczekać, aż wywołają pana nazwisko na następne badanie”.
W tym samym momencie Valeria wróciła.
Telefon wciąż trzymała w dłoni. Jej uśmiech powrócił, gdy tylko zobaczyła Daniela – delikatny i słodki, ten sam, który dwa lata wcześniej sprawił, że uwierzył w przeznaczenie. Ale teraz, po raz pierwszy, Daniel dostrzegł pod nim coś jeszcze.
Wyczucie czasu.
Kontrolę.
Precyzję.
„Wszystko w porządku?” – zapytała Valeria, wsuwając rękę pod jego ramię.
Daniel poczuł, jak przedmiot w kieszeni lekko uciska jego klatkę piersiową. Był cięższy niż powinien.
„Tak” – powiedział. „Tylko czekam”.
Valeria spojrzała na Gabrielę. Pielęgniarka nie odwróciła wzroku. Już pisała coś do komputera, z kamienną twarzą.
Reszta wizyty minęła jak we mgle. Daniel odpowiadał na pytania, podpisywał formularze, podążał za strzałkami przyklejonymi do ścian szpitala i siedział obok Valerii, podczas gdy ona opowiadała o kwiatach ślubnych, obrusach i o tym, czy jego matka obraziłaby się, gdyby wybrali nowoczesny tort zamiast tradycyjnego. Kiwał głową w odpowiednich momentach, ale myślami był już gdzie indziej.
Myślał o kieszeni koszuli.
„Koniec z tym”.
Słowa powtarzały się, aż zagłuszyły wszystko inne.
Kiedy w końcu opuścili Centrum Medyczne St. Mark’s w centrum Chicago, niebo stało się szare i zimne. Valeria zadrżała dramatycznie, wchodząc na parking, a Daniel automatycznie zdjął kurtkę i zarzucił ją jej na ramiona. Robił to już setki razy.
Tym razem gest był raczej pamięcią mięśniową niż wyrazem miłości.
„Jesteś cicho”, powiedziała Valeria, idąc w kierunku jego samochodu.
„Po prostu jestem zmęczona”.
Uścisnęła go za ramię. „Zawsze się denerwujesz w szpitalach. To urocze”.
Daniel spojrzał na nią. „Naprawdę?”
„Oczywiście”. Uśmiechnęła się. „Robisz tę poważną minę”.
Miesiąc temu by się roześmiał. Odwzajemniłby żart. Czułby się szczęśliwy, że ktoś zna go na tyle dobrze, by zauważać drobiazgi. Teraz zastanawiał się, ile drobiazgów studiowała i przechowywała na później.
Zawiózł ją do jej mieszkania w River North. Przez całą drogę Valeria opowiadała o wieczorze panieńskim, który planowały jej przyjaciółki, o zaliczce na fotografa i ostatecznej płatności za salę balową w Palmer House. Daniel odpowiadał krótko, starając się nie zabrzmieć zbyt dziwnie.
Na krawężniku Valeria pochyliła się i pocałowała go.
Jej perfumy wypełniły samochód, ciepłe i drogie.
„Kocham cię” – powiedziała.
Daniel spojrzał na jej twarz, szukając w niej czegoś fałszywego i nienawidząc siebie za to, że musi tego szukać.
„Ja też cię kocham” – powiedział.
Uśmiechnęła się, wysiadła i zniknęła w szklanym wieżowcu.
Daniel czekał, aż zniknie. Potem przejechał dwie przecznice, skręcił w ciemny kąt parkingu sklepu spożywczego, zamknął drzwi i sięgnął do kieszeni koszuli.
Gabriela dała mu złożony formularz przyjęcia do szpitala.
W środku znajdowało się małe zdjęcie i pendrive.
Zdjęcie było stare, lekko zagięte na rogu. Przedstawiało Valerię stojącą obok mężczyzny, którego Daniel nigdy wcześniej nie widział. Miała na sobie białą suknię. Nie do końca suknię ślubną, ale wystarczająco podobną, by przyprawić go o mdłości.
Na odwrocie, niebieskim atramentem, widniały cztery słowa:
Zapytaj o Evana Moore’a.
Daniel wpatrywał się w nazwisko.