
…Głos Ewy. Tej samej „biedulki”, którą tak żałował przez ostatnie miesiące. Nie wierzę własnym uszom. Stoi w progu w jaskrawoczerwonym płaszczu, z torbą z drogiego butiku, uśmiecha się — pewnie siebie, zadowolona, jakby przyszła na przyjęcie, a nie do brata, który właśnie zakończył kolację… na zawsze. — Cześć, Marek! — jej głos brzmi dźwięcznie, promiennie. — Wyobraź sobie, kupiłam bilety do Mediolanu! Tylko muszę trochę pożyczyć — dosłownie parę stówek, na bagaż, bo się nie wpasowałam… Nie wytrzymuję i wybucham śmiechem. Głośno, tak że oboje się odwracają. — Co w tym śmiesznego? — pyta Marek z irytacją. — Nic. Po prostu chyba znowu przyleciała wróżka — mówię, patrząc prosto na jego siostrę. Ewa mruga, nie rozumiejąc. — O co ci chodzi? — O kaszę gryczaną — odpowiadam. — I o ludzi, którym zawsze „trochę zabrakło”. Marek sięga po portfel. Widzę, że robi to automatycznie, jakby między nimi od dawna istniał ustalony scenariusz: ona prosi — on daje. Przez chwilę jest mi go nawet żal. Nie jest zły. Po prostu nie potrafi odróżnić granicy między dobrocią a wykorzystaniem. — Nie — mówię stanowczo. Zastyga. — Co znaczy „nie”? — Nie, Marek. Nikomu już nic nie jesteś winien. Nie jesteśmy fundacją charytatywną. Jesteśmy rodziną.