Sędzia długo patrzył na Damiana.
Na tyle długo, że nawet jego prawnik przestał udawać spokój.
– Panie Król – powiedział w końcu. – Proszę odpowiedzieć. Czy to podpis pańskiej żony?
Damian przełknął ślinę.
Widziałam, jak walczy sam ze sobą.
Gdyby powiedział „tak”, otwierał drzwi do pytania, dlaczego dyspozycja dotyczyła przeniesienia moich udziałów do spółki, o której nigdy nie słyszałam.
Gdyby powiedział „nie”, przyznawał, że ktoś posłużył się fałszywym dokumentem.
Milena siedziała sztywno. Jej dłonie drżały na kolanach.
Barbara szeptała coś do syna, ale tym razem jej głos nie miał już tej dawnej wyższości. Był ostry od strachu.
– To… może być podpis Anety – powiedział w końcu Damian. – Nie pamiętam dokładnie.
Mój adwokat uśmiechnął się lekko.
– W takim razie pozwolę sobie dołączyć opinię biegłego grafologa oraz potwierdzenie od notariusza, że pani Aneta Król nigdy nie stawiła się w kancelarii wskazanej w dokumencie.
Na sali zapadła cisza.
Sędzia przyjął kolejne papiery.
Czytał powoli.
A każda sekunda odcinała Damianowi drogę ucieczki.
Pamiętam, jak jeszcze rok wcześniej siedział w naszej jadalni i mówił:
– Aneta, ty nie masz głowy do takich rzeczy. Zostaw finanse mnie.
Zostaw finanse mnie.
Jak łatwo brzmi zdanie, które ma być troską, a okazuje się początkiem kradzieży.
Zostawiłam mu za dużo.
Dostęp do kont.
Zaufanie.
Swoje wątpliwości zamykane w gardle.
I prawie zostawiłabym mu całe moje życie, gdyby nie jeden mail, który przyszedł do mnie przez pomyłkę.
To właśnie od niego wszystko się zaczęło.
Pół roku przed rozprawą dostałam wiadomość z kancelarii księgowej. Miała trafić do Damiana, ale ktoś wpisał mój adres, bo przez pierwsze lata małżeństwa to ja prowadziłam korespondencję firmową.
W załączniku była faktura.
LMB Consulting.
Kwota: sto osiemdziesiąt tysięcy złotych.
Opis: strategia komunikacji inwestorskiej.
Tyle że wiedziałam jedno.