Mateusz zerwał się z łóżka.
Nie wyglądał już jak czuły mąż z wesela.
Nie było uśmiechu, nie było miękkiego głosu, nie było tego spokojnego „kochanie”, którym przez ostatnie miesiące potrafił zgasić każdą moją wątpliwość.
Była twarz człowieka przyłapanego w chwili, której nie przewidział.
– Ojciec oszalał – powiedział szybko. – Aniu, zostań tu.
Ale ja już wstałam.
Suknia plątała mi się wokół nóg, serce waliło tak mocno, że słyszałam je w uszach.
Drzwi otworzyły się od zewnątrz.
Pan Roman stał w korytarzu w płaszczu narzuconym na koszulę. W jednej ręce trzymał klucz, w drugiej telefon. Za nim zobaczyłam dwie osoby, których nie znałam: kobietę w cywilnym ubraniu i mężczyznę z odznaką w dłoni.
Policja.
Mateusz cofnął się o krok.
– Co ty zrobiłeś? – syknął.
Pan Roman nie patrzył na niego.
Patrzył na mnie.
– Idź do nich.
Ruszyłam w stronę drzwi.
Mateusz złapał mnie za nadgarstek.
Ból przeszył mi rękę.
– Nie – powiedział.
To nie było błaganie.
To był rozkaz.
Wtedy kobieta stojąca za panem Romanem zrobiła krok do przodu.
– Proszę ją puścić.
Mateusz spojrzał na nią z pogardą.
– To moja żona.
– Właśnie dlatego proszę ostatni raz.
Nie puścił.
Pan Roman uderzył go laską w przedramię.
Krótko.
Mocno.
Mateusz zaklął i odskoczył, a ja wybiegłam na korytarz prosto w ramiona policjantki.
Nie płakałam.
Jeszcze nie.
Byłam zbyt przerażona, zbyt oszołomiona, zbyt uwięziona w białej sukni, która nagle nie była symbolem małżeństwa, tylko czymś, w czym trudniej było uciekać.
Na dole w willi zapaliły się światła.
Pani Barbara pojawiła się na schodach w jedwabnym szlafroku.
Nie wyglądała na zaskoczoną.
Wyglądała na wściekłą.
– Roman – powiedziała lodowato. – Co ty wyprawiasz?
Pan Roman zszedł powoli kilka stopni.
– To, co powinienem zrobić siedem lat temu.
W salonie zebrało się kilka osób z rodziny. Ciotka, kuzyn Mateusza, gosposia, która trzęsła się przy drzwiach kuchni. Wszyscy szeptali, ale nikt nie podchodził.
Policjant poprosił mnie, żebym usiadła.
Nie usiadłam.
Nie byłam pewna, czy jeśli usiądę, zdołam jeszcze wstać.
– Chcę wiedzieć, co się dzieje – powiedziałam.
Pan Roman zamknął oczy.
Przez chwilę wyglądał starzej niż kiedykolwiek.
– Mateusz miał narzeczoną przed tobą. Nazywała się Julia.
To imię przeszło przez salon jak zimny wiatr.
Pani Barbara natychmiast syknęła:
– Nie waż się.
Ale Roman mówił dalej.
– Julia była córką nauczycielki z Bochni. Dobra dziewczyna. Mądra. Za dobra dla tego domu. Mateusz był nią oczarowany, dopóki zaczęła stawiać granice. Dopóki nie powiedziała, że po ślubie nie zamieszka z nami. Dopóki nie odmówiła podpisania pełnomocnictw i przekazania mu dostępu do swojego spadku po ojcu.
Spojrzałam na Mateusza.
Stał przy schodach, blady, ale nadal próbował wyglądać na opanowanego.
– To brednie – powiedział.