
Klara uniosła brwi i uśmiechnęła się lekko — nie z ciepłem, lecz z czymś na kształt zmęczonej ironii. — Nasz? — powtórzyła cicho. — Jesteś pewien, Łukasz? Na kogo jest kredyt hipoteczny? Kto opłacał rachunki przez te wszystkie lata? Czyją pracą zostały spłacone te ściany? Możesz to nazywać „naszym”, jeśli chcesz, ale faktycznie — to mój majątek. I ja decyduję, kto tu mieszka. Ścisnął kartkę, jakby chciał rozerwać nie tylko papier, lecz i cienką barierę, która w ostatnich minutach wyrosła między nimi. Papier zaszeleścił zdradliwie. — Myślisz, że bronisz porządku, Klaro, — szepnął — ale tak naprawdę bronisz się przed ludźmi. Przed wszystkim, co choć trochę mogłoby zmienić twój idealny świat. A ja myślałem, że jesteśmy razem… — Byliśmy razem, — przeszła obok niego, zatrzymała się przy oknie. — Dopóki nie zamieniłeś mnie w darmowy serwis dla swojej rodziny. Najpierw twoja mama dzwoni codziennie — „czy Łukasz zjadł obiad”, później ciotka wpada „na kilka dni”. Znosiłam to. A teraz chcesz, żeby twoja siostra mieszkała tu jak w pensjonacie, z naszymi kłótniami w tle. Nie, Łukasz. W tym mieszkaniu wybieram spokój. Dla siebie. I dla ciebie — jeśli jeszcze chcesz tu zostać.