
— Marek, wszystko w porządku? — zapytał Ryszardowski. W jego głosie nie było złości, tylko chłodne zdziwienie. — Jesteś twarzą firmy. Wiesz, jak wyglądasz ostatnio? — Wszystko dobrze — skłamał Marek, nie poznając własnego głosu. — Mam nadzieję. Ale pamiętaj — schludność, wygląd, dyscyplina. Za to płacą. A może i premii w tym miesiącu nie będzie. Marek tylko skinął głową. Gdy drzwi za nim się zamknęły, stał w korytarzu, czując, jak w piersi wzbiera ciężki dźwięk. Przez koszulę. Głupią koszulę i — nagle zrozumiał — przez własny upór. Premii nie będzie. Wracał do domu z pustą głową. Na przystanku złapał się na myśli: było to przecież przewidywalne. Nikt nie winien, prócz niego. Wieczorem mieszkanie pachniało cynamonem i jabłkami. Lila musiała piec z Tomkiem szarlotkę. Słychać było ciche śmiechy, dziecięce: „Ojej!” — i coś w nim ścisnęło się jak papier od ognia zapałki. Stał w przedpokoju, słuchał ich, potem zdjął marynarkę, usiadł na skraju fotela i długo patrzył w jeden punkt. Chciał coś powiedzieć — cokolwiek. Ale słowa łamały się, zanim wyszły z ust. Kiedy Tomek wyszedł z kuchni do korytarza i cicho powiedział: „Tato, mama mówi, że zjesz z nami?” — coś w Marku drgnęło. Nie zwycięstwo, nie przebaczenie, lecz szansa. — Zaraz, synku — westchnął. Na kolację był barszcz i chleb.