
Cisza w sali jakby się poruszyła. Poczułam, jak spojrzenia gości – czujne, ciekawskie – suną po mnie. Kompot w kieliszku zadrżał, a jego granatowy kolor wydał mi się nagle zbyt intensywny, prawie szkarłatny. Pod stołem – czerwona teczka. Jakby oddychała. – Oczywiście, że coś powie – popchnęła mnie Izabela Antoniuk. – Magda zawsze ma coś do dodania, prawda? – Uśmiechnęła się. Ten uśmiech – jak igła w aksamicie. Wstałam. Marcin spojrzał na mnie spod oka, niczego nie podejrzewając. Jego wzrok był zmęczony i pełen tego znajomego oczekiwania – że powiem coś miłego, złagodzę, poprę. – Tak, przygotowałam toast – powiedziałam, czując, jak drży powietrze. – Za rodzinę. Ktoś odetchnął z ulgą, ktoś inny sięgnął po kieliszek. A ja pochyliłam się i wyjęłam teczkę. Czerwona, lekko wytarta, z upartymi tasiemkami – tak samo upartymi jak ja. – A także… za pamięć. Bo w rodzinie, w której pamięta się wszystko – i dobro, i długi, i obietnice – zawsze jest na czym się oprzeć. Izabela mrugnęła, jej palce drgnęły na naszyjniku. Rozwiązałam tasiemki. Kartki z rachunkami, wydruki, paragony – uporządkowane, ułożone – spadły na biały obrus jak śnieg na gałęzie. – Magda! – wychrypiał Marcin, ale się nie zatrzymałam.