
W samochodzie panowała dzwoniąca cisza. Jechaliśmy po chleb – znowu zabrakło. Łukasz trzymał kierownicę tak mocno, że pobielały mu kostki. – Ośmieszyłaś mnie przed kolegami – powiedział w końcu. – A ty mnie – odpowiedziałam spokojnie. – Dwanaście lat wystawiasz mnie przed wszystkimi jak służącą. I nikt nie uważa, że to wstyd. Włączył radio. Milczał aż do domu. Wieczorem zadzwoniła jego siostra, Ewa. Dzwoniła zawsze po naszych przyjęciach. Nigdy do mnie. – Ma charakterek – powiedziała. – Ale ty jesteś mężczyzną, to twój dom. Zrób porządek. Porządek. To znaczy: Zofia ma milczeć i obsługiwać. W milczeniu umyłam blachy, zdjęłam fartuch i poszłam spać. …Minęły dwa miesiące. W poniedziałek Łukasz oznajmił: – Ewa obchodzi urodziny. Pięćdziesiąte drugie. Powiedziałem, że zrobimy u nas. Zastygłam. – Co to znaczy „powiedziałem”? – zapytałam powoli. – A gdzie indziej? Małe mieszkanie. A my mamy miejsce, ogród. Dla ciebie to żaden problem, lubisz takie rzeczy. Ewa przyjechała w sobotę rano. W nowej sukience, z fryzurą, pachnąca perfumami. Usiadła w salonie i zaczęła wydawać polecenia: – Zosiu, daj te róże do wyższej wazy. I weź biały obrus, nie ten kremowy. I pokrój sałatkę drobniej, bo moja przyjaciółka ma słabe zęby. Kroiłam. O trzeciej stół uginał się od potraw. Dwudziestu pięciu gości. Ewa przyjmowała życzenia, Łukasz nalewał wino, ja stałam przy kuchni z chochlą. Twarz paliła mnie od piekarnika. Ktoś prosił o więcej galarety, ktoś o czysty talerz, ktoś o kawałek gęsi „bez jabłka”. Obsługiwałam wszystkich. Jak zawsze. A potem – kieliszek wina przewrócił się na obrus. Ewa pisnęła: – Zosiu! Szybciej, wytrzyj! Co stoisz?! I wtedy po prostu się zatrzymałam.