Pocałował mnie w czoło.
Znowu w czoło.
Niewierni mężczyźni całują w czoło, kiedy już całują usta kogoś innego.
Drzwi się zamknęły.
Czekałem.
Minutę.
Trzy.
Pięć.
Dziesięć.
Wtedy usłyszałem krzyk z klatki schodowej.
„KURWA!”
O mało nie upuściłem łyżki, tak bardzo chciało mi się śmiać.
Wyszedłem na podest z zaniepokojoną miną żony.
Laurent wracał po schodach zgięty wpół, jedną ręką na brzuchu, drugą szukając kluczy, jakby jego własne ciało właśnie wypowiedziało wojnę.
„Co mi dodałaś do kawy, wariatko?”
„Kawę”.
„Nie idę do łazienki!”
„Och, kochanie… ciało może się zdenerwować, kiedy zobaczy kogoś wyjątkowego”.
Zamarł na pół sekundy.
Wystarczająco długo.
„Co ty właśnie powiedziałeś?”
„Nic. Pospiesz się, zanim twoja godność ucieknie przed tobą”.
Wpadł do mieszkania jak pokonany żołnierz.
„Nie korzystaj z łazienki na górze!” krzyknęłam.
Zatrzymał się na korytarzu.
„Dlaczego?”
„Właśnie ją posprzątałem”.
Jego twarz stała się wierszem.
Brzydkim wierszem.
Pilnym wierszem.
W końcu zamknął się w łazience dla gości, tej samej, w której kilka dni wcześniej zostawił telefon otwarty na wiadomości od Chloe.
Z drugiej strony drzwi dobiegły dźwięki, których żaden ślub nie powinien pamiętać.
Westchnęłam.
Podniosłam telefon.
Otworzyłam grupowy czat znajomych.
„Czy białe wino jeszcze się trzyma?”
Odpowiedzieli niemal natychmiast.
„Oczywiście”.
„Dzisiaj wznosimy toast za twój rozwód”.
„Pomaluj usta”.
Pomalowałam się szminką przed lustrem.
Wybrałam długie kolczyki.
Chwyciłam torebkę.
Klucze.
I godność.
Gdy wychodziłam, Laurent krzyknął z łazienki:
„Dokąd idziesz?”
Wygładziłam włosy.
„Na spotkanie”.
Zatrzymałam się.
„Na spotkanie?”
Bardzo ważne.
Potem zamknęłam drzwi.
Nie poszłam od razu do bistro.
Najpierw poszłam do banku.
Następnie do kancelarii mojej kuzynki.
Dałam jej zrzuty ekranu.
Rachunki.
Zdjęcia.
Adres hotelu niedaleko Pól Elizejskich.
I kopię wyciągów z konta, z których wynikało, że Laurent od miesięcy płacił za kwiaty, kolacje i pokoje hotelowe dla swojej asystentki moją firmową kartą kredytową.
Kuzynka przeczytała wszystko w milczeniu.
„Jesteś pewna, Élise?”
„Bardziej niż kiedykolwiek”.
Podniosła wzrok.
„Więc dzisiaj nie tylko traci żonę”.
Położyła dokumenty na biurku.
„Dzisiaj traci alibi”.
Dopiero później zrozumiałam to zdanie.
Dołączyłam do znajomych w bistro niedaleko Canal Saint-Martin.
Zamówiłam kieliszek białego wina.
A potem drugi.
Nie płakałam.
Jeszcze nie.
Bo czasami kobieta musi się najpierw roześmiać, żeby nie załamać się.
Dwie godziny później wróciłam do domu.
Drzwi wejściowe były uchylone.
To sprawiło, że stanęłam jak wryta.
Laurent zawsze zamykał je na dwa zamki.