Żadnej pokory.
Tylko nawyk ciągłego bycia obsługiwanym.
Wtedy oszczędności rodzinne zaczęły się kurczyć.
Musiała opuścić swoje piękne mieszkanie.
Sprzedać torby, które nigdy nie uważała za nic więcej niż dodatki.
Zrezygnować z nawyków, które uważała za naturalne, a tymczasem były jedynie przywilejami.
I pewnego ranka, po kolejnej odmowie, przyjęła pracę, której wcześniej nawet by nie rozważyła.
Sprzedawczyni w małym sklepie spożywczym i delikatesowym w 15. dzielnicy.
Pensja była skromna.
Godziny pracy były wyczerpujące.
Praca była namacalna, powtarzalna, a czasem niewdzięczna.
Musiała przyjść przed świtem, nosić skrzynki, sprzątać, etykietować, obsł