Zachowałam je. Jeśli zechcę, mogę dochodzić zwrotu za wywiezione rzeczy. Elżbieta zbladła. — Nie odważysz się… — Odważę się, jeśli będzie trzeba — odpowiedziała spokojnie Anna. — Ale nie chcę wojny. Chcę spokoju. Marcin przesunął dłonią po twarzy. — Anno… daj mi szansę. Spojrzała na niego długo. Przypomniała sobie, jak kiedyś wierzyła w każde jego słowo. Jak planowała dzieci. Jak wybierała tapety. Jak płakała w pustym mieszkaniu. I nagle zrozumiała — w środku nic już nie drży. — Miałeś swoją szansę — powiedziała cicho. — Sześć lat. I jeszcze jedną — w dniu, kiedy mogłeś powiedzieć prawdę. Wybrałeś inaczej. Stał, jakby czekał, że zmieni zdanie.
Ciąg dalszy historii
— Nie wpuszczę cię z powrotem — dodała Anna. — Ani jako męża. Ani jako lokatora. Ani jako gościa. Elżbieta chwyciła syna za rękaw. — Chodź. — Poczekaj — Marcin podniósł wzrok. — Naprawdę już nic nie czujesz? Anna zastanowiła się przez chwilę. — Czuję — odpowiedziała. — Wdzięczność. — Za co? — zmieszał się. — Za to, że odszedłeś. Gdyby nie to, dalej żyłabym z człowiekiem, który potrafi zdradzić i nazwać to „pomyłką”. W przedpokoju zrobiło się duszno od niezręczności. Marcin powoli założył kurtkę. Elżbieta rzuciła Annie ostatnie, chłodne spojrzenie. — Pożałujesz. — Nie — odparła spokojnie Anna i otworzyła drzwi. — Najgorsze mam już za sobą. Kiedy drzwi się za nimi zamknęły, oparła się o ścianę i głęboko odetchnęła. Cisza była inna — nie pusta jak dwa lata temu, lecz pewna. Anna wróciła do kuchni, nalała sobie herbaty i usiadła przy stole. Jeden widelec. Jedna filiżanka. Ale teraz nie wyglądało to jak samotność. Telefon krótko zawibrował. Wiadomość od kolegi z pracy: „Nie zmieniłaś zdania co do wyjazdu do Berlina?” Anna uśmiechnęła się. — Nie — szepnęła do siebie. — Tym razem nie zmienię. Podniosła filiżankę i rozejrzała się po przytulnej, uporządkowanej kuchni. To był jej dom. Jej życie. I nie było w nim już miejsca dla ludzi, którzy wracają tylko wtedy, gdy nigdzie indziej nie są potrzebni.