Ciąg dalszy historii
Nikt nie wiedział na pewno, oprócz niej. Kiedy policjanci w końcu opuścili ulicę, działka została pusta. Czarna ziemia wyschła, ale żaden chwast nie odważył się tam wyrosnąć. Nawet deszcz omijał to miejsce. Często wydawało mi się, że znów słyszę odgłos wody – ciche syczenie węża, równomierne kapanie na ziemię. Czasem miałam wrażenie, że cień Elżbiety stoi tam przy płocie, ściskając plastikowy wąż i szepcząc do kogoś niewidzialnego: „Jestem z tobą… jestem z tobą…” Minęło kilka miesięcy. Dom Elżbiety nadal stał pusty. Nikt nie chciał go kupić – miejscowi zrywali ogłoszenia, żegnali się, przechodząc obok. Nie dawała mi spokoju myśl: a może nie wszystko zostało znalezione? Może pod ziemią jest jeszcze coś? Pewnej nocy obudził mnie dziwny zapach – wilgoci, zbutwiałej ziemi i… wody. Podeszłam do okna – i zamarłam. Z opuszczonego ogrodu unosiła się para. Dokładnie z tego miejsca. Jakby ziemia znów ożyła. Jakby ktoś znowu ją podlewał. Patrzyłam bez mrugnięcia, aż za szarym płotem mignęła jasna sylwetka – smukła, w długiej sukni, z czymś żółtym w ręku. Wężem ogrodowym. Stała tam, punktualnie o 6:30, jak zawsze. Zamknęłam oczy, potem otworzyłam – ale podwórze było puste. Tylko wilgotna ziemia błyszczała w świetle latarni… I w ciszy, w której jakby ukrył się oddech, usłyszałam ciche syczenie wody, jakby ktoś właśnie zakręcił kran.