Ciąg dalszy historii
Ale teraz zrozumiałem, jak podle to wyglądało. Nie widziałem, jak cię to rani. Spojrzałam na niego. Przez moment chciałam odpowiedzieć ostro, odbić każde upokorzenie – ale zamiast tego tylko skinęłam głową. Wszystko już zostało powiedziane. Karolina wyprostowała się, złożyła ręce jak na spotkaniu u notariusza: – Cóż… jeśli chciałaś nas zawstydzić, udało ci się. Mam nadzieję, że jesteś zadowolona. – Chyba pierwszy raz od dawna, – odpowiedziałam. Odsunęła krzesło i, nie patrząc, skierowała się do wyjścia. Greta zerwała się za nią. Marek spokojnie dopił kompot, wstał, obszedł stół, podszedł do mnie i delikatnie ścisnął moje ramię. – Dobrze zrobiłaś, – powiedział tylko, patrząc na Piotra. – A teraz pomyślcie, jak żyć dalej. Kiedy drzwi się zamknęły, w domu jakby po raz pierwszy od miesięcy zapanowało świeże powietrze. Bez szeptów, bez krytyki. Spojrzałam na tort – na litery, które rozmazały się od ciepła. Nie musiały już nikogo ostrzegać. Ukroiłam kawałek, położyłam go na talerzyk i usiadłam spokojnie. Piotr usiadł naprzeciwko, wziął widelec. – Dobry? – zapytał cicho. – Bardzo, – odpowiedziałam. – Spróbujesz? Skinął głową. Jedliśmy w ciszy, ale była to cisza inna – ciepła, spokojna. Przez otwarte okno wpadał zapach deszczu i bzu. Gdzieś w oddali zadzwonił tramwaj. Westchnęłam. Po raz pierwszy nie jak kobieta, która musi się tłumaczyć. Ale jak ta, która wreszcie nauczyła się mówić – i być wysłuchaną.