Ciąg dalszy historii
Potem, z zakłopotaniem, zaczęła poprawiać pasek od torby. — Elizo, wybacz nam, proszę… Łukasz mówił, że wszystko uzgodnione… Nigdy byśmy inaczej… — W porządku — odpowiedziała spokojnie Eliza. — Nie mam żalu do was. Marek westchnął, chwycił plecak, wziął za rękę milczącego syna. Łukasz z jednej strony próbował ich zatrzymać, z drugiej łapał za kieliszek, potem telefon — jego wzrok miotał się w popłochu. — Naprawdę odchodzicie?! — krzyknął. — Przez jej fanaberie?! Elizo, ty zwariowałaś? Dziecko na ulicę wyrzucasz?! Spojrzała mu w oczy, zmęczona, bez gniewu. — Łukasz, nikogo nie wyrzucam. Po prostu wracam do siebie. To nie to samo. *** Drzwi za gośćmi zamknęły się z głuchym trzaskiem. W mieszkaniu zapanowała cisza. Łukasz ciężko oddychał, opierając dłonie o oparcie krzesła. — Zniszczyłaś wszystko — wyrzucił z siebie. — Nie — odpowiedziała spokojnie. — Wszystko zniszczyło się wcześniej. Ty tylko nie zauważyłeś. Usiadł, potarł skronie i po chwili niemal błagalnie powiedział:
— Chciałem tylko, żeby w domu było wesoło. Żeby oddychał… A teraz jest pusto. Co, mamy siedzieć w tym grobowcu we dwoje? Eliza spojrzała na niego i po raz pierwszy od dawna nie poczuła bólu. Tylko jasność. — Łukasz, w domu nigdy nie było pusto. Po prostu nie słyszałeś, kiedy milkłam. — Wzięła walizkę i ruszyła do drzwi. — Dokąd idziesz? — poderwał się. — Do siebie. — Zawiesiła głos. — Do prawdziwej siebie. *** Za oknem migały światła nocnej Warszawy. Eliza wsiadła do taksówki, zamknęła oczy. Przed oczami przemknęły plamy po winie na kanapie, pety, obcy śmiech. Wszystko to zostało gdzieś tam — w mieszkaniu, które kiedyś było jej domem, a dziś było tylko adresem. Telefon zawibrował — połączenie przychodzące: Łukasz. Nie odebrała. Na ekranie odbiła się jej twarz — zmęczona, ale spokojna. Po chwili wybrała numer Magdy: — Masz wolną kanapę? Na kilka dni. — Oczywiście. Opowiesz rano. Najważniejsze, że znowu oddychasz, słyszysz? — zaśmiała się przyjaciółka lekko, z czułością. Eliza uśmiechnęła się po raz pierwszy od dawna. Noc stała się jakby nieco cieplejsza. Po raz pierwszy od lat jechała do siebie — nie do domu, ale do siebie.