Pan Lewis zamarł.
Ostra linia szczęki była starsza. Ramiona szersze. Ale oczy takie same.
„Marcus?” wyszeptał.
Twarz mężczyzny złagodniała. „Minęło dużo czasu, panie Lewis”.
Pan Lewis zakrył usta, a w jego oczach pojawiły się łzy.
„Chował się pan za trybunami podczas lunchu”.
Marcus skinął głową. „Bo umierałem z głodu”.
„Dałem panu żółte mandaty”.
Podszedł bliżej. „Dał mi pan powód, żebym jechał dalej”.
Pan Lewis spojrzał na pozostałych, zapierając mu dech w piersiach.
„David?”
Drugi mężczyzna uśmiechnął się. „Tak, proszę pana”.
„Thomas? Leo?”
„Jesteśmy tutaj” – powiedział Thomas głosem pełnym emocji.
Piąty mężczyzna zdjął okulary i uśmiechnął się. „Mam nadzieję, że o mnie nie zapomnieliście?”
Pan Lewis parsknął śmiechem. „Ach. Mały Benny. Płakałeś, kiedy upuściłeś tacę z lunchem”.
Ben skinął głową. „I kupiłeś mi kolejną”.
Pan Lewis spojrzał na wszystkich pięciu mężczyzn, a łzy spływały mu po twarzy. „Spójrzcie na siebie. Wszyscy dorośli”.
„Zrobiliśmy coś więcej” – powiedział Marcus. „Zbudowaliśmy razem firmę”.
Pan Lewis spojrzał na SUV-y, a potem na ich garnitury.
„Dlaczego tu jesteście?”
Wyraz twarzy Davida stwardniał. „Bo słyszeliśmy, co robi Vance”.
Pan Lewis spuścił wzrok. „Nic nie da się zrobić. Sprzedał ziemię. Zostałem zwolniony. Muszę odejść”.
Marcus spojrzał w stronę przyczepy, a potem z powrotem na niego.
„Vance myśli, że sprzedał ziemię obcym”.
Zanim pan Lewis zdążył odpowiedzieć, srebrny samochód pędził ulicą i zatrzymał się obok SUV-ów.
Dyrektor Vance wysiadł, ściskając skórzaną teczkę.
„Co tu się dzieje?” – zapytał. „Ta posesja jest zamknięta dla zwiedzających”.
Wtedy zauważył mężczyzn w garniturach. Jego twarz natychmiast się zmieniła.
„Och” – powiedział Vance, wymuszając uśmiech. „To pewnie wy jesteście kupującymi”.
Marcus odwrócił się do niego. „To my”.
Vance pospiesznie podszedł z wyciągniętą ręką. „Dyrektorze Vance. Nie spodziewałem się, że pańska grupa deweloperska przyjedzie tu osobiście”.
Marcus zignorował uścisk dłoni.
„Chcieliśmy zobaczyć tę ziemię. I ludzi na niej mieszkających”.
Vance spojrzał z obrzydzeniem na pana Lewisa. „Nie martw się o niego. Zwolniłem go dzisiaj. Rano go nie będzie”.
Marcus zacisnął szczękę. „Gdzie on ma pójść?”
Vance roześmiał się. „Kogo to obchodzi? To tylko woźny”.
Pięciu mężczyzn zamilkło.
Pan Lewis wpatrywał się w ziemię, czując palący wstyd.
„Tylko woźny?” powtórzył Marcus.
„Zgadza się” – Vance uśmiechnął się ironicznie. „Nikim. A teraz, umowa czy nie?”
Marcus podszedł bliżej. „Mam na imię Marcus”.