Lokal znalazłam na ulicy Nadbystrzyciej. Mały, trzydzieści metrów kwadratowych, na parterze kamienicy z lat sześćdziesiątych. Właścicielka, starsza pani, obniżyła mi czynsz, kiedy usłyszała moją historię. Nie prosiłam o to – sama zaproponowała. Drobny gest, który przywrócił mi kawałek wiary w ludzi.
Dwie przecznice od siedziby jego firmy.
Grzegorz dowiedział się przypadkiem. Zadzwonił do mnie po raz pierwszy od miesięcy. Głos miał taki, jakby połknął coś nie tego.
– Słyszałem, że otwierasz biuro. Na Nadbystrzyciej?
– Tak – powiedziałam spokojnie.
– To dwie ulice ode mnie.
– Wiem.
Cisza. Długa, gęsta cisza, w której słyszałam, jak Grzegorz próbuje wymyślić argument, dlaczego nie powinnam tego robić. Nie wymyślił.
– Powodzenia – powiedział w końcu i się rozłączył.
Wczoraj podpisałam umowę najmu. Notariuszka podała mi długopis, a ja pomyślałam, że ostatni raz podpisywałam coś tak ważnego, kiedy brałam z Grzegoriem kredyt na tę nieszczęsną halę. Ale tamten podpis był za kogoś innego. Ten – za siebie.
Ola przyjechała z Wrocławia na weekend i pomogła mi wybrać kolor ścian. Wybrałyśmy ciepły szałwiowy. Kacper przysłał zdjęcie tabliczki, którą zamówił w internecie – biała, z granatowym napisem: “Dorota Bielak – Biuro Rachunkowe”. Płakałam nad tym zdjęciem kwadrans.
Nie powiem, że nie boję się. Boję się codziennie. Że klienci nie przyjdą. Że nie dam rady ze wszystkim sama. Że kredyt w banku i raty za halę Grzegorza zjedzą mnie żywcem, zanim zdążę stanąć na nogi.
Ale wiem jedno – przez dwadzieścia lat prowadziłam firmę, która przynosiła zysk. Tylko że zysk brał ktoś inny.
Teraz biurko jest moje. Komputer jest mój. Klienci – jeśli przyjdą – będą moi.
A Grzegorz niech sobie jedzie tymi dwiema przecznicami do pracy i patrzy na moją tabliczkę. Codziennie.