Potem ktoś zaczął klaskać.
Nie wiem kto.
Może jedna z kelnerеk. Może gość z mojej strony. Może ktoś, kto dopiero wtedy przypomniał sobie, że ma kręgosłup.
Po chwili klaskała połowa sali.
Nie wszyscy.
Nie chciałam wszystkich.
Ojciec wszedł na scenę i objął mnie tak ostrożnie, jakbym nadal była małą dziewczynką w białej sukience po szkolnym przedstawieniu.
— Córeczko — szepnął. — Przepraszam, że tam staliśmy.
To mnie złamało.
Nie Paweł.
Nie Helena.
To.
Że mój ojciec przepraszał mnie za własne upokorzenie.
Wtuliłam twarz w jego marynarkę i powiedziałam:
— Nie. To ja przepraszam, że pozwoliłam im myśleć, że mogą.
Policjanci poprosili Pawła i Helenę o przejście do bocznej sali. Nie było kajdanek. Nie było teatralnego wyprowadzenia po czerwonym dywanie. Życie rzadko daje takie obrazy od razu. Ale widok Heleny idącej przez salę w złotej sukni, z twarzą pozbawioną koloru, wystarczył mi bardziej niż krzyk.
Paweł zatrzymał się przy mnie.
— Natalia, proszę. Nie niszcz mnie.
Spojrzałam na niego.
— Ja tylko oddałam ci twoje słowa. Jeśli cię niszczą, to nie moje dzieło.
Wyszedł.
Dopiero wtedy poczułam, jak ciężka jest suknia.
Jak duszące są kwiaty.
Jak daleko jestem od tej kobiety, która rano, przed lustrem, myślała jeszcze, że miłość może naprawić różnicę między rodzinami.
Mecenas Brzozowski nachylił się do mnie.
— Decyzja należy do pani. Możemy przerwać przyjęcie.
Rozejrzałam się.
Stoły pełne jedzenia. Kwiaty. Orkiestra. Goście z mojej strony, którzy siedzieli sztywno, jakby nie wiedzieli, czy wolno im oddychać. Moi rodzice. Karolina, płacząca samotnie przy kolumnie. Kelnerzy, którzy udawali profesjonalny spokój, choć oczy mieli ogromne.
Wzięłam mikrofon jeszcze raz.
— Przyjęcie się odbędzie — powiedziałam.
Szmer zdumienia przeszedł przez salę.
— Ale nie jako wesele. Jako kolacja dla ludzi, którzy nie wstydzą się siedzieć przy jednym stole z moimi rodzicami. Kto czuje się urażony, może wyjść. Faktury i tak są zapłacone.
Przez chwilę nikt się nie ruszał.
Potem pierwsi wyszli kuzyni Pawła. Ciotka w złocie. Wuj od kursów walut. Kilku partnerów biznesowych, którzy nagle przypomnieli sobie o pilnych spotkaniach. Nikt ich nie zatrzymywał.
Zostało mniej osób, niż zaprosiliśmy.
Ale sala po raz pierwszy tego dnia zrobiła się cieplejsza.
Przesunęliśmy główny stół.
Nie symbolicznie.