– Pamiętam tę kuchnię – powiedziała. – Pamiętam, że twoja mama robiła szarlotkę i dawała mi pierwszy kawałek. Zawsze pierwszy.
Podałam jej kopertę. Zosia czytała długo, w ciszy. Widziałam, jak jej ręce drżą coraz bardziej z każdą kartką. Kiedy skończyła, nie podniosła głowy. Oddychała głęboko, jakby powstrzymywała coś, co mogło ją rozsadzić.
– Wiedziałaś? – zapytała, nie patrząc na mnie.
– Nie. Dowiedziałam się po pogrzebie.
– A pani Władzia? Moja mama… moja druga mama. Ona wiedziała?
– Wszystkie te lata.
Zosia zamknęła oczy. Łza spłynęła jej po policzku.
– Pierwszy kawałek szarlotki – powtórzyła cicho. – Zawsze pierwszy. Teraz rozumiem.
Siedziałyśmy w tej kuchni do wieczora. Zosia opowiadała o pani Władzi, która zmarła pięć lat temu, i o panu Czesławie, który odszedł jeszcze wcześniej. Kochali ją, wychowali dobrze. Nigdy nie czuła, że czegoś jej brakuje – do tego dnia.
Nie rozmawiałyśmy o pieniądzach ani o mieszkaniu. Rozmawiałyśmy o mamie, o zapachu jej kremu, o tym, jak stała na balkonie i patrzyła w dół.
– Myślałam, że lubi patrzeć na drzewa – powiedziała Zosia.
– Patrzyła na ciebie – odpowiedziałam.
Na peronie trzymałyśmy się za ręce. Były pytania, na które nigdy nie poznamy odpowiedzi – czy mama dobrze zrobiła, czy lepiej było powiedzieć wcześniej. Ale jedno wiedziałam na pewno: mama kochała nas obie. Po cichu, ze wstydem i bólem, ale kochała.
Wracałam z dworca przez osiedle. Tu grałyśmy w klasy – ja i moja siostra. Tu pani Władzia siadywała z szydełkiem. Tu mama stała na balkonie, paląc papierosa i pilnując dziecka, które oddała.
Koperta leży teraz u Zosi. Mieszkanie zostawiłam sobie – Zosia powiedziała, żebym nie robiła głupstw. Ale wiem, że przyjadę do niej latem. I wiem, że kiedy usiądziemy na jej balkonie i będziemy piły herbatę, będziemy rozmawiały o mamie.
O naszej mamie. Bo teraz już mogę powiedzieć “nasza”.