– Nie rozumiesz. Miałem swoje życie. Remont, dziecko, pracę. Nie mogłem…
– Zbyszek – przerwałam mu. – Osiem lat. Ani razu. Nawet nie wiesz, że przez ostatnie dwa lata piła herbatę tylko z łyżeczki, bo kubka nie mogła utrzymać.
Milczał.
Wczoraj przyszedł po klucze.
Stałam w drzwiach mieszkania Wiesławy – tego, które teraz prawnie było moje. Zbigniew wyglądał starzej, niż pamiętałam. Zmarszczki wokół oczu, przerzedzone włosy. Za nim, na klatce schodowej, stała Agnieszka z dzieckiem na ręku.
– Jolka, daj spokój – powiedział. – Ja chcę tylko wziąć jej rzeczy. Zdjęcia. Biżuterię matki. To chyba sprawiedliwe.
Patrzyłam na niego i myślałam o tych siedmiu latach. O rosołach, o nocach, o pielęgniarkach, o wizycie u neurologa, kiedy Wiesława ściskała moją dłoń tak mocno, że potem miałam siniaki. O SMS-ach “Wesołych Świąt Mamo, całuję, Zbyszek.” O tym, jak Wiesława odkładała telefon i patrzyła na mnie.
– Wejdź – powiedziałam w końcu. – Weź zdjęcia. Biżuterię. Co chcesz.
Wszedł. Chodził po mieszkaniu, dotykał rzeczy, które widział pewnie ostatni raz kilka lat temu. Otworzył szafę Wiesławy, wyjął pudełko ze zdjęciami. Stał nad nim dłuższą chwilę.
– Ona naprawdę… – zaczął.
– Tak – powiedziałam. – Naprawdę.
Zabrał pudełko, stary pierścionek z szafirkiem i album w bordowej okładce. Przy drzwiach odwrócił się.
– Jolka, ja wiem, że powinienem był…
– Wiem, że wiesz – powiedziałam.
Zamknęłam za nim drzwi. Wróciłam do kuchni. Na stole leżała cerata w słoneczniki – ta sama, przy której osiem lat temu Wiesława powiedziała mi, że nigdzie nie idzie.
Usiadłam, nalałam herbatę i piłam ją w ciszy. Mieszkanie pachniało jeszcze jej perfumami – tanimi, lawendowymi, z Rossmanna. Za oknem widać było park, już zielony, z pierwszymi spacerującymi ludźmi.
Nie wiem, czy to sprawiedliwe. Nie wiem, czy Wiesława miała prawo pominąć własnego syna. Wiem, że Zbigniew ma prawo do zachowku i pewnie z niego skorzysta – jego prawo, tak mówi ustawa.
Ale wiem też, że przez siedem lat to ja trzymałam rękę, która zsuwała się z kołdry. I że stara kobieta na trzecim piętrze na Czechowie, zanim odeszła, zostawiła mi jedyne, co miała – nie za zasługi, nie za obowiązek. Za to, że byłam.
I chyba to mi wystarczy.