Przez tydzień nie oddzwaniałam. SMS-y przychodziły codziennie – najpierw krótkie, potem dłuższe. Że Monika to już dawno przeszłość. Że w Lublinie nie ułożył sobie życia. Że pracuje na budowie i mieszka w wynajmowanym pokoju. Że myśli o mnie. Że żałuje.
Przeczytałam każdy. Żadnego nie skasowałam. Ale też na żaden nie odpowiedziałam.
W piątek zadzwoniła Ania.
– Mamo, tata do mnie napisał – powiedziała ostrożnie. – Mówi, że próbuje się do ciebie dodzwonić.
– Dodzwonił się – odpowiedziałam. – Ja tylko nie oddzwaniam.
– I co zamierzasz?
– A co ty byś zrobiła?
Cisza. Ania ma trzydzieści lat, magistra z zarządzania, pracuje w korporacji, mąż, roczna córeczka. Poukładane życie. Ale w tej ciszy usłyszałam dziewczynkę, która miała dziesięć lat, kiedy tata odszedł, i która przez następne lata udawała, że jej to nie ruszyło.
– Mamo, ja nie mam prawa ci mówić, co masz robić – powiedziała w końcu. – Ale pamiętam, jak płakałaś w łazience i myślałaś, że nie słyszę.
Wiedziałam. Oczywiście, że wiedziałam, że słyszy. Ściany w kawalerce nie są grube.
W niedzielę oddzwoniłam. Grzegorz odebrał po pierwszym sygnale. Mówił szybko, jak człowiek, który boi się, że za chwilę straci szansę. Że popełnił największy błąd w życiu. Że chciałby się spotkać. Że rozumie, jeśli odmówię. Że nie prosi o wiele – tylko o kawę.
Nie prosi o wiele. Trzynaście lat ciszy i sto pięćdziesiąt sześć rat – i nie prosi o wiele.
Spotkaliśmy się w środę, w kawiarni przy Krakowskiej. Wybrałam miejsce publiczne – nie dlatego, że się bałam, ale dlatego, że w domu mógłby zobaczyć, jak żyję. Nowe zasłony, nowy dywan, nową półkę na książki, którą sama skręciłam z instrukcją z YouTube’a. Te rzeczy należały do mnie. Nie chciałam, żeby na nie patrzył.
Grzegorz wyglądał… staro. Nie mam na myśli, że źle – po prostu nie był już tym mężczyzną, którego pamiętałam. Twarz cięższa, włosy siwe, ręce szorstkie od roboty. Zamówił czarną kawę i nie wiedział, gdzie patrzeć.
– Dobrze wyglądasz – powiedział.
– Wiem – odpowiedziałam, i chyba po raz pierwszy w życiu naprawdę w to wierzyłam.
Rozmawialiśmy godzinę. Mówił o Lublinie, o Monice, którą zostawił po dwóch latach, o kolejnych adresach, o pracy, która go wykańcza. Słuchałam i szukałam w sobie tego, co kiedyś do niego czułam – miłości, złości, żalu, czegokolwiek. I znalazłam tylko spokój. Taki zmęczony, cichy spokój człowieka, który już za dużo przebiegł, żeby biec z powrotem.
– Grzegorz – powiedziałam, kiedy skończył. – Ja cię nie nienawidzę. Naprawdę. Ale tamtej kobiety, która na ciebie czekała, już nie ma. Spłaciłam ją razem z ostatnią ratą.
Patrzył na mnie, jakby nie rozumiał.
– Wymieniłam zamki – dodałam. – I nie chodzi o drzwi.
Wyszłam pierwsza. Na chodniku było już ciepło, majowe słońce grzało w plecy, bzy pod blokiem przy Krakowskiej kwitły tak mocno, że czuć je było z drugiej strony ulicy. Szłam do domu – do mojego domu, z moim kredytem spłaconym, z moimi zamkami – i nie płakałam.
Po raz pierwszy od trzynastu lat nie płakałam i nie musiałam udawać, że nie płaczę.
Wieczorem napisałam do Ani: “Spotkałam się z tatą. Jest okej. Ja też jestem okej.”
Ania odpisała jednym słowem: “Wiem.”
Na stoliku w przedpokoju leżały dwa nowe klucze na breloczku, który kupiłam sobie w Pepco – srebrna podkówka, bo czemu nie. Pogładziłam je palcem, zgasiłam światło i poszłam spać.
Spałam dobrze. Pierwszy raz od dawna – bez żadnych snów.