Magda powiedziała, że to piękne. Że tata kochał. Że powinnam za te pieniądze kupić tę działkę i postawić domek, tak jak on chciał.
Krzysztof powiedział, że siedemdziesiąt cztery tysiące to sporo i żeby nie podejmować pochopnych decyzji.
Ja nie wiedziałam, co powiedzieć nikomu z nich.
Bo niby tak – piękne. Mąż, który całe życie odkładał, żeby spełnić marzenie. Romantyczna historia. Na nagrobek się nadaje.
Ale jest też ta druga strona, której Magda nie widzi, a Krzysztof nie rozumie. Siedemnaście lat Henryk nie powiedział mi o czymś, co było dla niego ważne. Nie dlatego, że nie ufał – ale dlatego, że ja mu nie dałam przestrzeni, żeby powiedział. Bo byłam za bardzo zajęta byciem tą rozsądną, tą praktyczną, tą, która wie, na co nas stać, a na co nie. Kiedy mówił o jeziorze i domku – ja nie słuchałam marzenia. Ja słyszałam fanaberie.
I on to wiedział. Dlatego zamknął to marzenie na koncie oszczędnościowym jak w pudełku i schował pod łóżko.
Pojechałam nad to jezioro. Jedno z tych z wycinków. Niewielkie, otoczone sosnami, z błotnistą drogą dojazdową i trzema domkami za płotem z siatki. Stałam na brzegu w gumowych butach, bo błoto po kostki, i patrzyłam na wodę, i próbowałam zobaczyć to, co widział Henryk. Spokój. Ciszę. Frezje na parapecie w domku, który postawiłby sam, bo potrafił wszystko naprawić i wszystko zbudować – tylko nie umiał powiedzieć, czego naprawdę chce.
Nie wiem jeszcze, co zrobię z tymi pieniędzmi. Konto dalej jest otwarte. Urzędniczka pewnie się zastanawia, kiedy wrócę. Magda dzwoni co drugi dzień z linkami do ogłoszeń o działkach. Krzysztof milczy – co u niego oznacza, że liczy.
A ja siedzę wieczorami w kuchni, przy stole, przy którym Henryk jadł swoją ostatnią kanapkę z dżemem, i rozmawiam z nim po raz pierwszy szczerze. Mówię mu, że przepraszam. Że powinnam była słuchać. Że te pieniądze bolą bardziej niż ich brak.
Siedemdziesiąt cztery tysiące złotych. Tyle kosztowało marzenie, które nigdy nie wyszło z pudełka.