Maja rosła. Pytała o tatę coraz rzadziej, aż przestała pytać w ogóle. W trzeciej klasie podstawówki przyniosła ze szkoły pracę plastyczną – “Moja rodzina”. Były na niej dwie postacie: ja i ona. Powiesiłam ją na lodówce i płakałam w łazience, żeby córka nie słyszała.
Radziłam sobie. Nie heroicznie, nie pięknie – po prostu jakoś. Kasa, wykładanie towaru, inwentaryzacja, od rana do wieczora, sześć dni w tygodniu. Kierowniczka pozwalała mi brać nadgodziny, sąsiadka Krysia z drugiego piętra odbierała Maję ze szkoły, kiedy ja nie mogłam. Moja mama dojeżdżała z Puław co drugi weekend z siatkami jedzenia, siatkami ubrań po kuzynkach i siatkami swojego niepokoju, że “dziecko rośnie bez ojca”.
– Mamo, tysiące dzieci rosną bez ojca – odpowiadałam. – I jakoś żyją.
– Jakoś – powtarzała mama. – Jakoś to nie jest dobrze.
Może miała rację. Nie wiem. Maja wyrosła na spokojną, zamkniętą w sobie dziewczynę, która dużo czytała i mało mówiła. W liceum zaczęła się otwierać – przyjaciółki, pierwszy chłopak, plany na przyszłość. Zdała maturę z wynikiem, który mnie zaskoczył. Dostała się na informatykę, na studia dzienne. Byłam z niej dumna tak, że bolało.
O Dariuszu wiedziałam tyle, ile podrzucały mi media społecznościowe – bo Monika miała otwarty profil i wrzucała zdjęcia z wakacji, z restauracji, z nowego samochodu. Nie śledziłam tego obsesyjnie, ale czasem, w niedzielny wieczór, kiedy Maja już spała, a ja siedziałam z herbatą przy telefonie – wchodziłam i patrzyłam. Wyglądał dobrze. Wyglądał na szczęśliwego. Z Moniką nie mieli dzieci.
Przez te dwadzieścia lat napisał do Mai trzy razy. SMS na osiemnaste urodziny – “Wszystkiego najlepszego, córeczko, tata pamięta.” Maja pokazała mi ten SMS bez słowa. Nie odpowiedziała. Potem dwa razy próbował się do niej dodzwonić, ale nie odbierała numerów, których nie znała.
Uroczystość wręczenia dyplomów była w piątek, w auli Politechniki. Maja stała w todze i birecie, wyglądała jak ktoś z innego świata niż ten, w którym ją wychowywałam – świat sześciu dni w tygodniu za ladą sklepową i obiadu z jednego garnka. Miałam na sobie nową sukienkę, pierwszą od lat, kupioną specjalnie na tę okazję. Siedziałam w trzecim rzędzie i robiłam zdjęcia telefonem z pękniętym ekranem.
Zobaczyłam go, kiedy Maja schodziła ze sceny. Stał przy drzwiach auli z bukietem czerwonych róż – wielkim, przesadzonym, kwiaciarskim. Miał na sobie garnitur i ten sam wyraz twarzy, który znałam sprzed lat: miły uśmiech człowieka, który wierzy, że wszystko da się załatwić urokiem.
Zamarłam.
Maja go nie widziała – szła w moją stronę, uśmiechnięta, z dyplomem w ręku. Ale on zaczął się przesuwać między ludźmi, kierując się ku niej.