Przez kolejne tygodnie żyliśmy w napięciu. Max bał się każdego głośniejszego dźwięku. Kiedy ktoś pukał do drzwi, chował się pod łóżko Oli i drżał. Wieczorami patrolowałem ogród z latarką. Żona instalowała dodatkowe lampy z czujnikiem ruchu. Ola rysowała dla Maxa obrazki – „Max jest bezpieczny” – i przyklejała je na ścianie przy jego posłaniu.
Ale pies powoli, dzień po dniu, zaczynał nam ufać. Rano witał mnie już machaniem ogona. Kiedy Ola wracała ze szkoły, podnosił uszy i robił kilka nieśmiałych kroków w jej stronę. Wieczorem kładł głowę na moich kolanach, gdy oglądałem wiadomości.
Pewnej soboty pojechaliśmy całą rodziną do lasu. Max po raz pierwszy w życiu zobaczył tyle przestrzeni bez łańcucha. Najpierw stał niepewnie, potem zrobił kilka kroków, spojrzał na nas, jakby pytał „czy mogę?”, a gdy kiwnąłem głową – ruszył. Biegł między drzewami, wąchał trawę, gonił motyle. Jego radość była tak czysta, że wszyscy troje płakaliśmy ze szczęścia.
Wieczorem, gdy wróciliśmy, Max położył się między nami na dywanie i westchnął głęboko – to nie był strach, to było ulgą.
Ale przeszłość nie odpuszczała łatwo.
Dwa miesiące później, gdy wracałem z pracy, zobaczyłem obcego mężczyznę stojącego przy naszej furtce. Wysoki, chudy, z ogoloną głową. Patrzył na Maxa, który akurat bawił się w ogrodzie. Gdy tylko Max go zauważył, zamarł. Potem zaczął się cofać, skomląc żałośnie.
To był Krzysztof B.
– To mój pies – powiedział zimno. – Oddajcie go. Mam dokumenty.
Wezwałem policję. Sprawa trafiła do sądu. Okazało się, że mężczyzna miał już kilka wyroków za znęcanie się nad zwierzętami. Nasza adwokatka, pani Marta, walczyła zaciekle. Przynieśliśmy zdjęcia blizn Maxa, zeznania weterynarza, nagrania, jak Max reaguje na obcych mężczyzn.
Proces trwał cztery miesiące. W tym czasie Max stał się pełnoprawnym członkiem rodziny. Spał w łóżku Oli, gdy miała gorszy dzień. Biegał ze mną rano. Pilnował żony, gdy pracowała w ogrodzie. Nauczył się nawet aportować piłeczkę – ostrożnie, jakby bał się, że jak przyniesie zbyt entuzjastycznie, to ktoś mu ją zabierze.