Ciesz się swoim smutnym, małym życiem.
Stałam nieruchomo.
Czytałam.
Przeczytałam ponownie.
Słowa rozmywały się, a potem znów stawały się wyraźne, jakby wsiąkały mi w skórę.
A potem… nic.
Żadnego krzyku.
Żadnych łez.
Żadnych teatralnych gestów.
Tylko wewnętrzny chłód, ostry, metodyczny, który osiadł we mnie niczym szron.
Minęło trzydzieści sekund.
Może minuta.
Wpisałam jedno słowo.
Dobrze.
Telefon zawibrował niemal natychmiast.
Nawet nie spojrzałam.
Coś we mnie właśnie zaskoczyło, coś suchego, precyzyjnego, nieodwołalnego.