„Idziesz gdzieś?”
Uśmiechnęłam się.
„Szukam toalety. Za dużo szampana.”
„To w drugą stronę.”
„W takim razie cieszę się, że mnie znalazłeś.”
Przyglądał się mojej twarzy.
„To w drugą stronę.”
Roy nie był bystry, ale zawsze potrafił mnie czytać, tak jak pies czyta burzę.
„Martin cię szukał” – powiedział. „Chce, żebyś tam była na następnym toaście.”
„Powiedz mu, że zaraz wracam.”
„Odprowadzę cię.”
„Roy.”
„Odprowadzę cię.”
Zatrzymałam się.
„Powiedz Martinowi, że się odświeżam. A potem wrócisz do baru i dokończysz swojego drinka. Czy to jasne?
Jego szczęka drgnęła.
Przez sekundę myślałam, że mnie minie, ale skinął tylko głową i się odwrócił.
Czekałam, aż jego kroki ucichną.
Jego szczęka drgnęła.
Potem włożyłam z powrotem buty na obcasie i bardzo spokojnie ruszyłam w stronę drzwi gabinetu Martina.
Ręce mi drżały, gdy nacisnęłam drzwi.
Lampa wciąż się paliła.
Jego sejf stał w kącie pod regałem, a małe metalowe drzwiczki zwisały otwarte jak ziewające usta.
Był dziś wieczorem nieostrożny.
Lampa wciąż się paliła.
Zbyt dumny. Zbyt pewny siebie.
Uklękłam i sięgnęłam do środka.
Teczki papierowe. Papier firmowy banku.
Niebieska księga rachunkowa, którą rozpoznałam od razu.
Otworzyłam ją i poczułam, jak podłoga pode mną się ugina.
Wypłata za wypłatą, każda podpisana zapętlonym pismem, które wyglądało prawie jak moje.
Niebieska Księga rachunkowa
Prawie. Litera L była zbyt ciasna. Litera T była zbyt nisko.
Saldo funduszu powierniczego Caleba, które kiedyś liczyło prawie czterysta tysięcy dolarów, teraz wskazywało tak małą liczbę, że musiałem przeczytać ją dwa razy.
Zakryłem usta dłonią.
„Znalazłeś to, czego szukałeś?”
Głos Martina przeciął pokój niczym szkło.
Musiałem przeczytać ją dwa razy.
Odwróciłem się.
Stał w drzwiach z rękami w kieszeniach, z tym samym swobodnym uśmiechem, który nosił do kamer.
Roy krążył za nim, blady i spocony.
„Jak długo?” wyszeptałem.
„Odłóż książkę, kochanie.”
„Jak długo, Martin?”
„Jak długo?”
Wszedł do środka i zamknął za sobą drzwi.
Klik zamka zabrzmiał głośniej niż jakikolwiek toast w tej sali balowej.
„Trzy lata” – powiedział. „Może cztery.”
Pokręciłem głową. „Caleb mi powiedział. Przyglądał się, jak podpisujesz rzeczy w jego imieniu.
„Caleb nie rozumie, co widzi”.
„Rozumie wystarczająco”.
„Trzy lata” –
Roy w końcu przemówił, a jego głos się załamał. „Martin, może powinniśmy po prostu…”
„Cicho”.
Martin nawet na niego nie spojrzał.
Nie spuszczał mnie z oczu i po raz pierwszy od trzydziestu lat dostrzegłem, co kryje się pod tym urokiem.
Nic. Tylko mężczyzna odliczający sekundy.
Martin nawet na niego nie spojrzał.
„Zabrałeś mu pieniądze” – powiedziałem. „Wszystko. Jego fundusz opieki. Pieniądze, które mój ojciec odłożył przed śmiercią”.
„Nasze pieniądze”.
„Jego pieniądze. Pieniądze Caleba”.
Martin westchnął, jakbym był leniwym uczniem. „Roy wpadł w dołek. Bukmacherzy, tacy, którzy nie przyjmują rat. Pomogłem mojemu bratu”. Tak postępuje rodzina.
„Rodzina tak nie postępuje”.
„Rodzina tak postępuje”.
„A reszta” – powiedział – „była dla mnie. Na potem”.
„Po czym?”