„Czemu tak na mnie patrzysz?” – wykrztusiłam, rozpaczliwie drapiąc klamkę. Drzwi były zamknięte.
Kierowca nawet nie drgnął. Jego wzrok pozostał wbity w moje odbicie. Widziałam go wyraźnie w blasku migających latarni – mężczyznę po czterdziestce, o zwietrzałej skórze, z grubą, poszarpaną blizną wijącą się od obojczyka, by zniknąć za uchem. Kostki palców, które ściskał na kierownicy, były blade jak kość. Zauważyłam jego identyfikator krzywo zwisający z deski rozdzielczej: Silas.
„Wyglądasz zupełnie jak ona” – wychrypiał Silas, a jego głos brzmiał jak żwir trący o mokry asfalt.
„Kto?” – zażądałam, słowo wyrwało mi się z gardła, gdy uderzył mnie potężny skurcz. To była oceaniczna fala agonii, która zaparła mi dech, zmuszając do wydania pierwotnego, gardłowego krzyku. Zwinęłam się w kłębek na tylnym siedzeniu, wbijając paznokcie tak głęboko w dłonie, że poczułam krew.
Nieznajome zagrożenie. Uciekaj. Wynoś się. Ostrzeżenia krzyczały w mojej głowie, niczym szaleńczy chór walczący z czystą, paraliżującą biologią porodu. Byłam uwięziona. Byłam zbyt słaba, zbyt ciężka, zbyt pochłonięta.
przez rozdzieranie w miednicy, które zmuszało mnie do wyskoczenia z jadącego pojazdu.
Silas nie pocieszył mnie ani słowem. Nie zapytał, jak często powtarzają się skurcze. Po prostu odwrócił swoje ciemne oczy z powrotem na mokrą drogę i przyspieszył, a silnik ryknął w proteście. Przejechał na czerwonym świetle na pustym skrzyżowaniu, opony syczały na asfalcie.
Kiedy w końcu wjechaliśmy pod jarzącą się czerwoną markizę izby przyjęć szpitala Mercy, nie zaparkował samochodu. Nie zapytał o cenę. Odblokował drzwi z głośnym kliknięciem.
O mało nie wypadłam z taksówki, kolana się pode mną ugięły, gdy moje stopy uderzyły o mokry beton. Oparłam się o zimny metal samochodu, łapiąc powietrze i czekając, aż odjedzie.
Nie odjechał.
Powoli wjechał taksówką na wyznaczone miejsce parkingowe tuż za stanowiskiem karetek. Kuśtykając w stronę rozświetlonych przesuwanych drzwi, opierając się ciężko o przechodzącego sanitariusza, który wybiegł, by mnie złapać, zmusiłam się do odwrócenia wzroku.
Silas stał przy szklanym wejściu do szpitala. Jego sylwetka była ciemna i imponująca na tle aureoli ulicznych latarni. Nie ruszał się. Po prostu stał tam w deszczu, trzymając w dłoni małe, zniszczone zdjęcie, a kciukiem wodził po jego krawędziach.