Żadnego zaprzeczenia.
Bez odwagi.
Dokładnie tak, jak zachowuje się tchórz, gdy maska opada mu w najgorszym możliwym momencie.
A Isabelle?
Wyglądała na zadowoloną.
Niemal promienna.
Spodziewała się, że się załamię.
Żę będę płakać.
Że będę krzyczeć.
Widząc, jak błagam o wyjaśnienie, podczas gdy ona, w centrum mojego zrujnowanego wieczoru, jawi się jako kobieta, która mnie zastąpiła.
I dodała, jadowicie wzruszając ramionami:
„Przepraszam, Sophie. Ale nie każdy może wygrać w życiu”.
To zdanie…
Nawet dziś, kiedy o tym myślę, czuję, że coś mnie pali.
Bo naprawdę wierzyła, że mnie zaskoczyła.
Uwierzyła, że nic nie wiem.
Uwierzyła, że tego wieczoru czeka mnie ostateczne upokorzenie.
Ale się nie załamałam.
Spokojnie wzięłam kieliszek wina.
Wstałam.
Odetchnęłam.
Uśmiechnęłam się.
„Masz rację, Isabelle” – powiedziałam spokojnie. „Skoro dziś jest noc prawdy… to ja też mam coś do powiedzenia”.
Marc gwałtownie odwrócił głowę w moją stronę, omal nie przewracając krzesła.
Po raz pierwszy uśmiech Isabelle zbladł.
Uniosłam kieliszek nieco wyżej.
Pozwoliłam ciszy się przeciągnąć.
Pozwoliłam, by wszystkie spojrzenia skupiły się na mnie.
Potem przemówiłam:
„Więc, po pierwsze… gratulacje z okazji tej ciąży, którą uważałaś za bilet do zostania nową żoną…”
Zatrzymałam się.
Spojrzałam im prosto w oczy.