Potem robiła jakąś śmieszną minę i jakimś cudem nawet Leila się śmiała.
Nora była jak promyk słońca w ludzkiej postaci.
Potrafiła wejść do pokoju i sprawić, że wszyscy stali się miękcy. Wiązała nam sznurowadła przed szkołą, zachowywała czerwone cukierki dla Leili, bo były jej ulubionymi, i spała w środku, gdy szalała burza, bo mówiła, że przywódcy chronią obie strony.
Pamiętam jedną burzę, kiedy grzmot trzasnął tak głośno, że okna się zatrzęsły. Leila pierwsza wdrapała się do łóżka, ciągnąc za sobą pluszowego królika.
Po dwóch minutach poszłam za nią, udając, że się nie boję.
Nora podniosła koc, nawet nie otwierając oczu.
„Oboje jesteście okropni w byciu odważnymi” – mruknęła.
Leila skuliła się po lewej stronie. Ja wtuliłam się w jej prawy bok.
„Ty też się boisz” – wyszeptałam.
„Nie” – powiedziała Nora. „To ja jestem odpowiedzialna”.
Powinna była martwić się pracą domową, rozczochranymi włosami i tym, czy mama pozwoli nam posiedzieć do późna w piątki. Zamiast tego, nawet wtedy brzmiała, jakby wierzyła, że miłość oznacza stanie na straży.
Potem zachorowała.
Na początku dorośli szeptali wokół nas, jakby to mogło powstrzymać prawdę przed dotarciem do pokoju.
Ale Nora wiedziała.
Oczywiście, że wiedziała.
Nora zawsze wiedziała, kiedy ktoś kłamał, zwłaszcza gdy robił to z grzeczności.
Pamiętam pierwszy pobyt w szpitalu. Zapach środka dezynfekującego. Jasne światła. Naklejki z postaciami z kreskówek na ścianie, które w żaden sposób nie zmniejszały poczucia strachu w pokoju. Leila nie chciała usiedzieć spokojnie. Ciągle skubała rękaw swetra, aż mama delikatnie wzięła ją za rękę.
„Przestań, kochanie”.
„Co się dzieje z Norą?” zapytała Leila.
Mama spojrzała w stronę drzwi, jakby ktoś mógł wejść i ją uratować.
„Jest po prostu bardzo zmęczona”.
Nora, leżąc w łóżku z rurkami przyklejonymi do ramienia, przewróciła oczami.
„Nie jestem dzieckiem, mamo”.
Usta mamy zadrżały.
Nora odwróciła głowę w naszą stronę i uśmiechnęła się. Jej uśmiech był mniejszy niż zwykle, ale wciąż należał do niej.
„Nie patrzcie tak” – powiedziała. „Obie wyglądacie dziwnie, kiedy się martwicie”.
Leila wybuchnęła płaczem.
Nie wtedy. Stałam jak sparaliżowana u stóp łóżka, ściskając metalową poręcz obiema rękami. Myślałam, że jeśli będę się mocno trzymać, nic się nie poruszy. Ani czas. Ani choroba. Ani Nora.
Miała 11 lat, była malutka pod szpitalnymi kocami, z nadgarstkami tak cienkimi, że moja mama płakała za każdym razem, gdy myślała, że nie patrzymy, a Nora jakimś sposobem rozumiała odejście lepiej niż jakiekolwiek dziecko.
Kiedy umarła, dom zapomniał, jak być głośnym.
Nikt tego nie powiedział, ale czułam to wszędzie.
W korytarzu, gdzie przez trzy tygodnie stały jej kapcie, bo mama nie mogła się zmusić, żeby je przesunąć. W łazience, gdzie jej szczoteczka do zębów stała obok naszej. W sypialni, którą dzieliłyśmy, gdzie Leila spała twarzą do ściany, a ja wpatrywałam się w puste łóżko Nory do rana.
Po Norze urodziny stały się dziwne.
Wciąż były balony, tort i
świece.
Ale zawsze brakowało jednego krzesła.
Co roku Leila i ja siadałyśmy obok siebie, udając, że nie patrzymy na puste miejsce, gdzie powinna być Nora. Zdmuchnęłyśmy świeczki za dwie, chociaż obie w milczeniu liczyłyśmy do trzech.
W wieku 12 lat pragnęłam, żeby Nora wróciła.
W wieku 13 lat pragnęłam, żeby mama przestała płakać w pralni.
W wieku 14 lat pragnęłam, żeby Leila znów ze mną rozmawiała tak, jak kiedyś.
Bo strata Nory coś zrobiła z moją siostrą i ze mną. Nie zbliżyła nas do siebie, tak jak ludzie twierdzili, że powinna działać żałoba. Popychała nas w przeciwne strony.
Leila stała się ostra. Szybko mówiła. Jeszcze szybciej wychodziła.
Ja milczałam.
Za cicho, według mamy.
„Dziewczyny, potrzebujecie siebie nawzajem” – powiedziała nam pewnego wieczoru, gdy miałyśmy po 16 lat.
Leila wpatrywała się w swój talerz.
Wpatrywałam się w swoje.
Żadna z nas nie odpowiedziała.
Prawda była taka, że potrzeba bycia razem sprawiała ból. Za każdym razem, gdy patrzyłam na Leilę, widziałam między nami przestrzeń, w której powinna być Nora. Myślę, że ona widziała to samo, patrząc na mnie.
Kiedy zbliżały się nasze 21. urodziny, myślałam, że nauczyłam się, jak przetrwać tę pustkę.
Myliłam się.
Tego ranka obudziłam się przed budzikiem i leżałam w bladym świetle sypialni w moim mieszkaniu, wsłuchując się w szum miasta za oknem.
Dwudzieste pierwsze urodziny miały być ekscytujące.
Dorosłość prawna. Kamień milowy. Urodziny, które ludzie planowali tygodniami, z błyszczącymi sukienkami, zatłoczonymi barami i zdjęciami, których później żałowali.
Dla mnie to było jak wejście do pokoju, w którym ktoś zapomniał zapalić światło.