Dożyła. Dariusz nie przyjechał. Zadzwonił w Wielką Sobotę i powiedział, że Colleen złapała jakąś infekcję.
Mama zmarła w sierpniu. Cicho, w nocy, kiedy zasnęłam na fotelu obok jej łóżka. Obudziłam się o piątej rano i wiedziałam, zanim jeszcze dotknęłam jej ręki.
Dariusz przyleciał na pogrzeb. Wyglądał dobrze – opalony, w granatowym garniturze. Płakał przy trumnie. Szczerze, nie wątpię. Ale widząc go tam, w kościele, wśród ludzi, którzy kiwali głowami ze współczuciem, poczułam coś, czego się nie spodziewałam. Nie złość. Raczej zdumienie, że nikt nie widzi tego, co ja widzę.
Po pogrzebie rozmawialiśmy o mieszkaniu mamy. Dariusz chciał sprzedać.
– Podzielimy się po połowie, sprawiedliwie – powiedział, wycierając okulary.
Nie odpowiedziałam od razu. Sprawiedliwie. Ciekawe słowo w ustach kogoś, kto przez trzy lata nie zmienił matce pościeli.
Nie kłóciłam się. Podpisałam papiery. Sprzedaliśmy mieszkanie, podzieliliśmy pieniądze. Dariusz wrócił do Irlandii.
A potem przyszło zaproszenie na wesele Kasi, córki cioci Władzi. Pojechałam, bo Kasia była słodką dziewczyną i bo myślałam, że dobrze mi zrobi wyjść między ludzi. Kupiłam nową bluzkę, umyłam włosy, nawet pomalowałam paznokcie – po raz pierwszy od miesięcy.
Na weselu było pięćdziesiąt osób. Połowę znałam. Usiadłam przy stoliku z dalszą rodziną – wujek Zdzisław z żoną, kuzynka Beata, jej mąż. Rozmawiali o remoncie łazienki. Nikt nie zapytał, jak sobie radzę. Nikt nie wspomniał o mamie, choć minęły dopiero trzy miesiące.
Tańczyłam raz, z wujkiem Zdzisławem. Potem siedziałam i patrzyłam, jak inni się bawią. Ciotka Władzia biegała między stolikami z talerzami tortu i szerokim uśmiechem.